Relacja z wyprawy - Krzysiek
Spis treści

Dzień 1 (14.07.2009) - przylot do Pekinu

Do Chin leciałem z Konradem liniami Aeroflot. Główny odcinek tej podróży, to nocny przelot z Moskwy do Pekinu. Podczas śniadania mogliśmy obserwować bezkresne pasma górskie na pograniczu Mongolii i Mongolii Wewnętrznej, prowincji Chin. Nawet gdy rozpoczęliśmy zniżanie, nie było widać większych miast, ani nawet pól uprawnych. Pekin jest specyficznie położonym miastem, bezpiecznie schowanym za przebiegającym od północy Wielkim Murem. Wylądowaliśmy na Lotnisku Stołecznym i documowaliśmy do Terminala 2. Jednak nie od razu mogliśmy opuścić pokład samolotu.

Podróżowaliśmy całkiem niedługo po wybuchu epidemii świńskiej grypy, a Chiny okazały się być krajem bardziej od innych dmuchających na zimne. Dlatego musieliśmy wypełnić deklaracje o ewentualnych objawach choroby i miejscu przebywania przez następny tydzień, żeby państwowe służby mogły nas odnaleźć. Następnie przyszła ekipa sanitariuszy z elektronicznymi termometrami. Podchodzili do każdego pasażera, przykładali mu taką suszarkę do czoła i robili pomiar. Byli przy tym niezwykle skupieni, nie wymieniali ani słowa, twarze mieli zakryte maseczkami, a oczy nie zdradzały najmniejszych emocji. A jednak ta sytuacja budziła sporo napięcia, jako że był to pierwszy bezpośredni kontakt z Chińczykami. Po wyjściu z samolotu musieliśmy przejść przez punkt kwarantanny, zatem przez jakiś czas staliśmy w dłuższej kolejce. Na każdym kroku były różne tablice informacyjne, również po angielsku, o tym jaka to państwowa instytucja nas kontroluje, jak się zachowywać, itp. Widzieliśmy też, jak dużo ludzi jest w to zaangażowanych, albowiem w sektorze publicznym w Chinach często występuje przerost zatrudnienia.

Po przejściu kwarantanny, reszta formalności poszła bardzo szybko. Podczas odprawy granicznej nie zadawano nam żadnych pytań, bez problemu odebraliśmy bagaż, terminal był bardzo dobrze oznakowany i niczego w nim nie brakowało. Lotnisko w Pekinie ma trzy terminale. Pierwsze dwa przypominają rozmiarami i nawet architekturą te na warszawskim Okęciu. Fakt, że wylądowaliśmy na Terminalu 2, nie świadczył o szczególnie uprzywilejowanej pozycji rosyjskiego przewoźnika. Reszta Europy dobijała do Terminalu 3, nieprawdopodobnego kolosa wybudowanego na letnią olimpiadę. Niecałe 2 godziny po nas przylatywali Paweł i Iza, którzy korzystali ze Scandinavian Airlines. Przejechaliśmy więc lotniskowym autobusem do strefy przylotów. Terminal 3 jest drugim co do wielkości terminalem lotniczym na świecie, ustępując jedynie Dubajowi. Główna hala miała kilka kondygnacji i zwieńczona była niezwykłym sklepieniem. Jednak tak olbrzymia przestrzeń nie była w pełni zagospodarowana, brakowało punktów usługowych, a przede wszystkim miejsc do siedzenia. A ponieważ samolot Pawła i Izy nieco się spóźnił, a do tego dużo czasu zajęło im przemieszczanie się w obrębie trzyczęściowego kompleksu, zdążyliśmy się wynudzić. Ja miałem znowu duże problemy z zaśnięciem w czasie lotu i właściwie to nie wiedziałem, w której jestem strefie czasowej. Walczyłem ze znużeniem, przeglądałem polsko-chińskie rozmówki, w międzyczasie patrzyliśmy na przewijających się ludzi. Jedno przykuwało uwagę: załogi samolotów, celnicy, policjanci czy sanitariusze przechodzili w zwartym szyku i wręcz wojskowym drylu. Konrad zauważył też ekipę antyterrorystów uzbrojonych w karabiny maszynowe udzielających wywiadu dla telewizji.

Wreszcie doczekaliśmy się na Pawła i Izę, a więc mogliśmy opuścić lotnisko. Jedno z wyjść z Terminalu 3 prowadziło do stacji szybkiej kolejki, specjalnie wybudowanej na Igrzyska Olimpijskie. Kolejka była bardzo wygodna: klimatyzowana, wyciszona, bardzo czysta. Na ciekłokrystalicznych ekranach wyświetlane były urywki Igrzysk Olimpijskich. Za oknami widzieliśmy błyskawicznie przesuwające się osiedla, arterie i publiczną zieleń przedmieść Pekinu. Był piękny, słoneczny dzień, jednak tak naprawdę poczuliśmy panujący tu klimat po wyjściu na ulicę. Uderzyła nas fala niesamowitego gorąca, specyficzny zapaszek i wszechobecny hałas metropolii. Tego dnia temperatura w Pekinie wynosiła 35 stopni, oczywiście wiedzieliśmy o tym przed wyjazdem, a zwłaszcza z maili kolegów opisujących bezpośrednie wrażenie. Znajdowaliśmy się na stacji Dongzhimen, skąd mieliśmy opcję przesiąść się na drugą linię metra i podjechać jedną stację w pobliże hostelu. Jednak zdecydowaliśmy się przejść spacerkiem. Miałem chwilowy problem z ustaleniem kierunków świata, bo zacząłem iść w przeciwną stronę, ale po pierwszej przeciętej ulicy poprawiłem się. Tak więc poszliśmy na zachód i na północ, aż dotarliśmy pod stację metra Yonghegong, przylegającą do Świątyni Lamajskiej. Tutaj wynikł kolejny problem, bo nie zanotowałem precyzyjnej drogi dojścia do hostelu, który miał się znajdować w promieniu kilkuset metrów. Zresztą czytałem opis na stronie hostelu, ale nie potrafiłem rozróżnić czegokolwiek na zdjęciu lotniczym Google Maps. To, co wydawało mi się prawdopodobną lokacją, okazało się należeć do ogrodzonego wysokim murem terenu świątyni. Jednak z tego dylematu wybawił nas Karol, który nagle pojawił się na ulicy. Pokazał nam właściwą drogę, która najpierw wiodła przez parkingi dwóch nowoczesnych biurowców, po czym przechodziło się przez furtkę do hutongu. Hutongi to biedne dzielnice, z wąskimi uliczkami i gęsto nastawianymi budynkami. Sprawiają nieco przygnębiające wrażenie, jednak nie są to slumsy. Nasz hostel, P.Loft, był dość swobodnie zaimprowizowaną przestrzenią po jakiejś małej fabryczce, był to właściwie kompleks kilku budynków, w których urządzono kilkanaście pokoi z piętrowymi łóżkami. Część osób miała mieszkać razem, ale nie zmieściliśmy się wszyscy w jednym pokoju. Ja z Konradem dostaliśmy miejsca w dziewięcioosobowym pokoju, który miał przynajmniej własną łazienkę i normalny kibel. Obsługa hostelu była bardzo pomocna, ale sam standard był taki sobie. Jednak odpowiadał on bardzo atrakcyjnej jak na Pekin cenie.

W hostelu spotkaliśmy się z Maćkiem i Marcinem, którzy przyjechali tu kilka dni wcześniej i wybrali się na Wu Tang Shan. Byliśmy więc w komplecie…

Spacer po Wangfujing…

Nocny spacer pod Zakazanym Miastem…

Dzień 2 (15.07.2009) - Pekin

Kolejny upalny dzień mieliśmy spędzić w samym sercu miasta. Udaliśmy się metrem w pobliże placu Tiananmen. Choć przekonaliśmy się poprzedniego wieczora, że nie jest to miejsce swobodnie dostępne, to jednak zdziwiły nas środki bezpieczeństwa, jakie stosowano za dnia. Plac był otoczony barierkami, żeby na niego wejść, trzeba było przejść przez namiot, gdzie prześwietlano bagaż, na samym placu było dużo patroli policyjnych. Było tam też mauzoleum Mao, do którego ustawiała się gigantyczna kolejka. Co więcej, wymagane było zostawienie w specjalnym magazynie na obrzeżu placu wszelkiego bagażu podręcznego, jeżeli ktoś planował wejść do mauzoleum. Choć parę osób miało ochotę popatrzeć na zabalsamowane zwłoki, perspektywa dłuższego czekania skutecznie odstraszała. Poza tym na placu nie było naprawdę nic ciekawego. Powietrze było mocno nieprzejrzyste, było jasne że jesteśmy spowici intensywnym smogiem. Wyszliśmy z placu i przez moment szliśmy zacienioną alejką. Wszędzie w takich miejscach, gdzie przechodziło sporo turystów, czekali sprzedawcy zimnych napojów i lodów. Korzystaliśmy z tego bardzo chętnie. Porozumiewanie się z takimi handlarzami nie sprawiało kłopotu, zwykle potrafili oni podać cenę po angielsku, ewentualnie na migi. Wystarczyło opanować bardzo prosty i powszechny sposób pokazywania cyfr przy użyciu dłoni.

Kiedy podeszliśmy pod mur Zakazanego Miasta, zaczepił nas przewodnik. Był to misiowaty gość po trzydziestce, mówiący płynną angielszczyzną, oferujący oprowadzenie naszej grupy po pałacu za 150 CNY. Przedstawił się jako John Sun, co przetłumaczyliśmy na Jaś Słoneczko. Bardzo sympatyczny człowiek, mówiący przystępnym językiem, ani trochę nie przynudzał, widać też było deklarowaną formalną edukację historyczną. Najpierw udzielił nam krótkiego wstępu, potem zaprowadził do środka. Po przejściu przez dwie bramy znaleźliśmy się na placu, na którym kupowało się bilety. Wreszcie dostaliśmy się do środka…

Dzień 3 (16.07.2009) - Pekin

Wielki Mur…

Opera pekińska…

Dzień 4 (17.07.2009) - Pekin

Wyjazd pociągiem do Suzhou…

Dzień 5 (18.07.2009) - Suzhou

dsd_0255.jpg

O godzinie 7 urządzono nam delikatną pobudkę. Puszczono jakąś spokojną muzykę, zdaje się że były w niej nuty chopinowskie. Niektórzy nawet się wyspali, ja miałem z tym spore problemy. Oparcia są w tych pociągach wysokie, nie ma żadnych zagłówków i w takiej sytuacji nie znalazłem sobie wygodnej pozycji. Kiedy wstał nowy dzień, zrobiło się gorąco i jedynie te śmieszne wentylatory ratowały nieco sytuację.

dsd_0257.jpg

Do Suzhou przyjechaliśmy przed 9. Był niesamowity skwar, goręcej niż było w Pekinie. Mieliśmy nieduży kawałek do przejścia do naszego hostelu. Odpędziliśmy wszystkich taksówkarzy i ruszyliśmy wg mapki z przewodnika. Trafiliśmy bez problemu. Hostel mieścił się w zaułku, w którym był jakiś bank, więc bezpośrednie otoczenie było bardziej eleganckie od ulicy, a przy wejściu był mały posterunek policji. W hostelu bardzo czysty hall, klimatyzacja, młoda obsługa z dobrym angielskim. Było o wiele bardziej elegancko niż w hostelu w Pekinie, hostel zajmował 4-piętrowy budynek, a na dachu miał suszarnię na pranie, która była nieprawdopodobnie skuteczna. W pokojach mieliśmy nowiutkie metalowe łóżka piętrowe z bardzo ładną pościelą, wszystko z metkami Ikei. Jeden problem był taki, że nasz pokój był ciemny, drugi spowodowaliśmy sami - ustawiliśmy zbyt zimną klimatyzację. Ja z Konradem, którzy w hostelu w Pekinie mieliśmy w pokoju niewydajną klimę, dołączyliśmy do reszty i szybko się pochorowaliśmy. Jeszcze podczas pobytu w Suzhou odwiedziliśmy aptekę.

dsd_0306.jpg
dsd_0339.jpg

Kiedy się rozpakowaliśmy, wzięliśmy prysznice, przebrali i zrobili pranie, wyszliśmy na miasto. Udaliśmy się w kierunku najbliższego ze słynnych ogrodów, zwanego Ogrodem Pokornego Zarządcy. Wejście kosztowało 50 CNY. W ogrodzie było bardziej wilgotno, ale jednak chłodniej niż na zewnątrz, dlatego znaleźliśmy tam naturalne schronienie przed upałem. Było tam bardzo wiele stawów, na wszystkich rosły lotosy, które jeszcze nie zakwitły. W sumie to nie widziałem kwiatu lotosu w pełnej okazałości, ponieważ kiedy przyjechaliśmy do Chin, były jeszcze zamknięte, kiedy wyjeżdżaliśmy, zdążyły przekwitnąć. Oprócz lotosów było dużo znajomych wierzb, innych drzew liściastych i mniej pozornych krzewów. W jednym miejscu była wielka wystawa drzewek bonsai. Spędziliśmy w tym ogrodzie całe 3 godziny, zanim się znudziliśmy i zgłodnieliśmy. Obiad zjedliśmy w małej knajpce w połowie drogi między hostelem a Ogrodem. Na deser kupiliśmy sobie arbuza, ponieważ bardzo wiele ich na naszej ulicy sprzedawano. Można było sobie kupić znacznie dziwniejsze rzeczy, jak żywe świerszcze zamknięte w malutkich wiklinowych kłębkach. Wieczorem nie mieliśmy ochoty wychodzić ponownie miasto. Popełniliśmy błąd, bo mogliśmy się załapać na pokaz sztucznych ognii gdzieś nad kanałami, których też widzieliśmy tylko mały fragment. Traktuję Suzhou jako nie do końca zaliczone :)

Dzień 6 (19.07.2009) - Suzhou / Szanghaj

Rano pojechaliśmy do Szanghaju, który mieścił się w odległości 90 km. Zamiast szukać tam noclegu, uznaliśmy Suzhou za lepszą bazę na tym etapie wyprawy i że bez problemu można będzie zrobić całodniowy wypad do większego miasta. Wybraliśmy połączenie pociągiem najniższej klasy, z którym był ten problem, że często się zatrzymywał i przepuszczał szybkie ekspresy. Widoki na trasie były bardzo ciekawe, praktycznie cały czas jechaliśmy przez pola ryżowe i było absolutnie jasne, że delta rzeki Jangcy jest jednym ze spichlerzy tego ogromnego kraju. Widzieliśmy też, jak na takim terenie zbudować nowoczesną linię kolejową. Ze sto metrów po lewej pojawiły się betonowe filary. Kiedy zacząłem się im przyglądać, odkryłem ze zdumieniem, że są ich setki i przejechaliśmy dziesiątki kilometrów, a one nadal tam były. Nie miały przęseł, nie było wokół nich żadnych robót. Po prostu zostały postawione naraz na bardzo długim odcinku i czekały na kolejny etap prac. W Chinach wszystkie inwestycje mają tego typu rozmach. Rocznie kładzie się tam tysiące km autostrad i linii kolejowych. Buduje się całe osiedla, stawiając równocześnie kilkanaście wysokościowców. Budowa przeciętnej linii metra zajmuje Chińczykom 2-3 lata. Cała infrastruktura powstaje w tempie przynajmniej dziesięciokrotnie szybszym niż w Polsce. I robi wrażenie!

dsd_0363.jpg

Wysiadając na peronie poczuliśmy że jest gorąco, ale schowaliśmy się do tunelu. Metrem przedostaliśmy się na Plac Ludowy - centralny punkt miasta. Dopiero kiedy tam wysiedliśmy, zrozumieliśmy jak ciężki czeka nas dzień. Temparatura wynosiła 39 st w cieniu. Jak przeczytałem parę dni później w internecie, następnego dnia po naszej wizycie zanotowano tam rekord temperatury od początku prowadzenia pomiarów - 40 st. Park Ludowy jest dość otwartym miejscem, otoczonym ze wszystkich stron wieżowcami. Przypomina nieco Central Park w Nowym Jorku, tylko jest znacznie mniejszy. Pośrodku stoi gmach komitetu Partii, są też nowoczesne budynki opery i muzeum miasta. Znaleźliśmy też stawy z lotosami, ale wszystko to było mało ciekawe w porównaniu do Suzhou. W jednym z bardziej zacienionych miejsc natrafiliśmy na zadziwiający punkt wymiany ogłoszeń matrymonialnych. Były tam poprzyczepiane karteczki z informacjami o danej osobie, jakieś starsze panie pilnowały porządku. Oczywiście wszystko było po chińsku.

dsd_0369.jpg

Po pewnym czasie przedostaliśmy się na Nanjing Road. To z kolei jest główny deptak miasta, przy którym mieszczą się wielkie centra handlowe. Każde centrum ma swoich naganiaczy, którzy oferują dokładnie taki sam asortyment: biżuteria, zegarki, elektronika. Strasznie natrętne towarzystwo uprzykrzyło nam spacer. Zresztą musieliśmy obok nich przechodzić, bo akurat o tej porze dnia cień zalegał tylko wąskim pasem po lewej stronie i cały tłum pieszych się tam przeciskał. Nikt z nas nie miał jednak najmniejszej ochoty wyjść na słońce. Byliśmy całkowicie mokrzy od potu, najgorzej było kiedy nie zatrzymywały go brwi i spływał do oczu, powodując nieprzyjemne pieczenie. Na taką okazję nieodzowna jest frotka albo bandana. Pierwszy raz też fotografowałem w takich warunkach, sprawdziły się nagumowane powierzchnie przy uchwytach.

dsd_0394.jpg
dsd_0376.jpg

Doszliśmy do słynnego Bundu, ale byliśmy rozczarowani, ponieważ cały był w remoncie. Nie dało się dojść nad rzekę, nie było dobrego widoku na Pudong. To wszystko z powodu zbliżającego się EXPO 2010. Wszędzie widzieliśmy te śmieszne niebieskie ząbki, począwszy od pierwszego dnia w Pekinie. Na stacji metra przy Parku Ludowym wystawiony był wielki zegar odliczający czas do momentu rozpoczącia wystawy. Zdecydowanie przyjechaliśmy do Szanghaju o rok za wcześnie. Poszliśmy w kierunku mostu nad rzeką Suzhou przy jej ujściu do Huangpo. Przechodziliśmy obok majestatycznych gmachów banków, które również przywodziły na myśl Nowy Jork, tyle że tym razem jego Dystrykt Finansowy. Na moście o kratowej konstrukcji mieliśmy wreszcie dobry widok na bajeczne wieżowce Pudongu. Na rzece był spory ruch statków. Nieco bliżej, za mostem, zaskakiwał budynek rosyjskiego konsulatu. Weszliśmy ponownie w miasto poszukać restauracji na obiad. Jak na ścisłe centrum miasta, wybór był dość mizerny. Znaleźliśmy mały lokal w podpiwniczeniu, gdzie obsługa była niezwykle miła, ale kompletnie nie rozumiała po angielsku, nie było nawet przetłumaczonego menu. Zdziwiło nas to, że aż takich problemów nie mieliśmy dotąd ani w Pekinie ani w Suzhou. Tylko kilka razy w czasie całej wyprawy trafiło nam się tak, że w kompletnie nie mogliśmy się porozumieć. A że trafiło nam się to w mieście, gdzie pracuje tak dużo obcokrajowców, kilometr od Pudongu, to w sumie fajnie. Nasze problemy z zamówieniem skończyły się, kiedy kucharz pokazał nam wielką rybę (ponad pół metra długości) i pokiwaliśmy głowami że może być. Dobraliśmy do tego parę innych potraw, wyszukując w menu słowa 'kurczak' czy 'wołowina'. Trochę na chybił-trafił, ale najedliśmy się, a ryba była naprawdę znakomita. Została upieczona w bardzo pikantnym sosie, a samo jej mięso było niezwykle delikatne. Choć nam się chińska kuchnia z rybami nie kojarzy i ryb tak ostro nie przyprawiamy, polecam spróbować.

dsd_0410.jpg

Kiedy wyszliśmy, słońce chyliło się ku zachodowi. Na koniec chcieliśmy dostać się na Pudong, w tym celu musieliśmy cofnąć się kawałek do stacji metra, innej drogi nie ma. Zdecydowanie przydałoby się więcej mostów na rzece Huangpu, choć nie jest to takie proste, ponieważ muszą one mieć wysokie prześwity. Kiedy dojechaliśmy na Pudong, wyszliśmy w pobliżu Wieży Orientalnej Perły, najsłynniejszego budynku w Szanghaju. Niestety, bilet na taras widokowy kosztował 120 CNY i nie zdecydowaliśmy się. Pospacerowaliśmy więc trochę w zapadającym zmierzchu. Pudong to miejsce sztuczne, wszystko było tam luksusowe na siłę. Z poziomu ulicy niewiele tam atrakcji. Wsiedliśmy do metra, pojechaliśmy na dworzec i wróciliśmy takim samym pociągiem do Suzhou. Do hostelu wracaliśmy inną drogą i to całkiem już późno. Noc była niesamowicie ciepła, widzieliśmy pijaczków śpiących na trawnikach bez żadnego okrycia. Gdzieniegdzie toczyło się życie towarzyskie, ludzie wystawiali na ulicę stoliki i krzesełka i grali w karty albo mahjonga. Suzhou nocą jest całkiem sympatyczne.

Dzień 7 (20.07.2009) - Suzhou / Hangzhou

Przejazd szybkim pociągiem do Hangzhou…

Próba dotarcia do hostelu…

Dzień 8 (21.07.2009) - Hangzhou

Wykupienie karnetów na rowery…

Przejażdżka dookoła Jeziora Zachodniego…

Pagoda…

Wieczór w hostelu…

Dzień 9 (22.07.2009 - dzień Zaćmienia) - Hangzhou i okolice

Ten dzień zaczął się bardzo wcześnie, wstaliśmy o 4 rano, ledwo dniało kiedy wsiadaliśmy do zamówionego busa…

Dzień 10 (23.07.2009) - Hangzhou

To był niezmiernie frustrujący dzień

Próbowaliśmy kupić bilety kolejowe do Kunmingu…

Pojechaliśmy na dworzec autobusowy wschodni, gdzie niczego nie załatwiliśmy…

Pojechaliśmy do państwowego biura turystycznego, pytając się o bilety lotnicze do Kunmingu…

Pojechaliśmy oddać karnety na rowery…

Nie zobaczyliśmy Muzeum Herbaty ani okolic…

Dzień 11 (24.07.2009) - Hangzhou / Huangshan

Pobudka była bardzo wcześnie. Musieliśmy złapać autobus z Dworca Zachodniego odjeżdżający ok 8. Było to dość daleko i zakładaliśmy dotarcie tam komunikacją miejską z jedną przesiadką. Padał potężny deszcz, pierwszy taki podczas naszej podróży. Kiedy wyszliśmy z hostelu, ta zadziwiająco stroma uliczka zamieniła się w rwącą rzekę. Kanalizacja burzowa nie dawała sobie rady z taką ilością wody. Złapaliśmy pierwszy autobus i podjechaliśmy nim bliżej centrum. Zorientowaliśmy się jednak, że autobusami nie zdążymy na dworzec. I to nie z powodu deszczu, tylko zwyczajnie źle obliczyliśmy potrzebny czas. Łapiemy więc taksówki i dzielimy się na dwa samochody. Oczywiście są spore problemy językowe, więc w pośpiechu wyciągam rozmówki, plan miasta. Wszystko to moknie, kiedy nachylam się przez drzwi samochodu a woda z ramion spływa po sztormiaku na fotel pasażera. Rzeczy trzymane w małym plecaku nieco przemokły, posklejały się niektóre strony w przewodniku. Słowem, spory chaos, ale jednak udało nam się wszystko wytłumaczyć, wrzucić bagaże i ruszyć z miejsca. Zdążyłem przysnąć w taksówce, tak że nawet nie zdenerwowałem się upływającym czasem do odjazdu autobusu. A zdążyliśmy dosłownie w ostatniej chwili. W biegu przeszliśmy przez kontrolę bagażu i jako ostatni pasażerowie weszliśmy do autobusu.

Podróż upłynęła dość spokojnie. Całą drogę jechaliśmy w deszczu, niewiele wyglądaliśmy przez okno. Odcinkami jechaliśmy po autostradach, niektóre odcinki były w remoncie, ale ogólnie jakość drogi była bardzo dobra. Na pokładzie puszczany był jakiś stary chiński film, który od pewnego momentu oglądałem z zainteresowaniem. Jego akcja osadzona była na prowincji, a główny bohater był pechowcem, który zupełnie nie zrażał się trafiającymi mu się nieszczęściami. Jednocześnie fabuła ta była całkiem lekka i nieco zwariowana. Na tym filmie zeszła znaczna część kilkugodzinnej podróży do miasta Huangshan.

Kiedy wysiedliśmy na dworcu autobusowym, zostaliśmy zaczepieni przez natrętnych taksówkarzy. Oferowali podwiezienie do granic Parku Narodowego Huangshan, oczywiście za odpowiednią opłatą. Szukaliśmy niezależnej informacji, ponieważ sprawa dotarcia do parku nie była odpowiednio opisana w przewodnikach, a także na stronach internetowych, jakie przeglądaliśmy w hostelu w Hangzhou. Przyjechaliśmy nie najlepiej przygotowani i traciliśmy czas na negocjacje z prywaciarzami. Poza tym musieliśmy uzupełnić prowiant na trzy dni spędzone w górach. Częściowo zrobiliśmy to w Hangzhou, gdzie odwiedziliśmy Carrefoura. Problem polegał na tym, że w Chinach trudno o dobre pieczywo, konserwy mięsne i czekoladę. W sklepach jest natomiast olbrzymi asortyment mięs suszonych namoczonych w różnych pikantnych sosach. Podchodziliśmy do tych wynalazków z dużą ostrożnością, ale musieliśmy je wziąć pod uwagę. Kupowaliśmy małe bułeczki pakowane po kilkanaście sztuk, różne rodzaje krakersów/herbatników, masła orzechowe i sojowe, wodę butelkowaną (ewentualnie kranówkę traktowaną odpowiednimi środkami uzdatniającymi).

W końcu znaleźliśmy właściwy autobus, który miał nas zawieźć do miejscowości Tangkou. Było to ok 50 km jazdy, a więc zajęło to nieco ponad godzinę. Kiedy znaleźliśmy się w tej miejscowości, autobus zatrzymał się przy pewnej restauracji, wszedł młody człowiek mówiący poprawną angielszczyzną i powiedział, że jesteśmy już na miejscu. Nie byliśmy tego całkowicie pewni, ale wysiedliśmy. Była już najwyższa pora na obiad, a rzeczony lokal wydawał się być odpowiednim miejscem. Właścicielem tego interesu był bardzo uprzejmy pan Cheung, który chwalił się tym, że jego interes polecany był przez przewodniki Lonely Planet. Mówił biegle po angielsku z amerykańskim akcentem, udzielał szczegółowych informacji. Na miejscu spotkaliśmy mniejszą grupkę Polaków, z którymi razem usiedliśmy do stołu. Okazało się, że mieliśmy inne podejście do jedzenia posiłków, my postępowaliśmy zgodnie z chińskim obyczajem i jedliśmy wszystkie dania wspólnie, oni zamawiali sobie dania oddzielnie. Również w posługiwaniu się pałeczkami mieliśmy większą wprawę, ponieważ konsekwentnie nie posługiwaliśmy się sztućcami. Było już ok 16, kiedy zbieraliśmy się do wyjścia, choć pan Cheung namawiał nas usilnie na przenocowanie u niego w pokojach. Upierał się, że jest już zdecydowanie za późno i nie będziemy mieli gdzie przenocować. My jednak mieliśmy namioty, chcieliśmy oszczędzić pieniądze i maksymalnie wykorzystać czas, więc stanowczo odmówiliśmy, podziękowaliśmy i ruszyliśmy dalej. Przed wejściem do parku znaleźliśmy w tej malutkiej wiosce bankomat.

DSD_0688.jpg

Dalsza droga prowadziła asfaltową szosą mozolnie wspinającą się zygzakami do góry. Nawierzchnia, malowanie pasów i oznakowanie były absolutnie nowe. Po tej drodze jeździły głównie dwa rodzaje pojazdów: policyjne radiowozy i błękitne nowiuteńkie autokary wypełnione chińskimi turystami. Moglibyśmy również skorzystać z tego transportu, ale restauracja pana Cheunga była spory kawałek powyżej dworca autobusowego, jak zorientowaliśmy się w drodze powrotnej. Zostaliśmy więc nieco zmanipulowani przez kierowcę autobusu, który musiał mieć wygodny układ z właścicielem restauracji. Jak się później przekonaliśmy, nie był to przypadek odosobniony. Tymczasem szliśmy lasem, w którym drzewa liściaste przemieszane były z bambusem. Bardzo chciałem zobaczyć prawdziwy bambusowy las, od kiedy obejrzałem 'Dom latających sztyletów'. Wkrótce jednak weszliśmy w wyższe piętro roślinne - lasy iglaste.

DSD_0699.jpg
DSD_0701.jpg

Droga, którą musieliśmy pokonać, liczyła około 7 km wygodnej szosy. Stopniowo pojawiało się coraz więcej skał, pojawiły się też wierzchołki głównego pasma skąpane w świetle niskiego już słońca. Pojawił się zupełnie nowy, nieoczekiwany element przyrody, który wprowadził nas w magiczny nastrój - cykady. Minęło parę tygodni, zanim zobaczyliśmy je z bliska, ale tamtego wieczoru grały najpiękniej. Oprócz nich, nie słyszeliśmy niczego innego. To był bezchmurny, bezwietrzny, rześki wieczór. Nie spotkaliśmy żywej duszy aż do momentu, kiedy dotarliśmy na placyk przed dolną stacją kolejki gondolowej. Ostatni turyści zjeżdżali z góry, nikt poza nami nie zamierzał teraz wchodzić na teren parku, bo nie byłoby gdzie przenocować. Po prawej stronie zauważyliśmy nieoznakowaną ścieżkę, która omijała wejście do kolejki, także przez moment wydawało nam się, że nikt nas nie skontroluje. Ale w pewnym momencie minął nas bardzo zaskoczony pracownik parku i sprzedał nam bilety wejściowe, przy czym wynegocjowaliśmy zniżkę studencką. Dalej było już ostre podejście, ale wchodziliśmy po bardzo równych kamiennych stopniach. W parku wszystkie szlaki były starannie przygotowane, regularnie rozstawione były oznakowane śmietniki (były to albo naturalne wnęki albo np kamienne obręcze wyrzeźbione na kształt spróchniałego pieńka; sprzątaczki wyciągały wszystkie śmieci zaostrzonym patykiem, od razu robiono też segregację butelek po napojach).

DSD_0703.jpg

W międzyczasie zaszło słońce i musieliśmy się rozglądać za miejscem nadającym się na biwak. Tymczasem dookoła były albo wielkie głazy albo gęste zarośla. Zaczęliśmy się niepokoić, bo ściemniało się na dobre. A jednak trafiliśmy na małą altankę, tak niespodziewaną, jakby z nieba nam spadła. Nie było idealnie, bo miejsca było w zasadzie na dwa namioty. Ja z Konradem ustawiliśmy nasz namiot na dość pochyłym gruncie, ziemia była bardzo miękka i śledzie niezbyt pewnie się jej trzymały. Rozbijaliśmy się przy latarkach, a potem usiedliśmy w altance i zrobiliśmy sobie kolację. Marcin zrobił pomysłową lampkę, ustawiając latarkę na szczycie butelki z wodą. Dookoła była totalna ciemność. Pierwszy raz byliśmy poza wszelkimi zabudowaniami, z dala od wielkich metropolii. Widzieliśmy sporo gwiazdek, choć tylko na małym fragmencie nieba. Nie było jednak cicho - las huczał dziesiątkami cykad. To było jedno z tych niezapomnianych wrażeń, którego nie da się dobrze zarejestrować. To była pierwsza noc na Huangshan.

Dzień 12 (25.07.2009) - Huangshan

DSD_0711.jpg
DSD_0708.jpg

Obudziły nas rozmowy turystów i stukanie kijami po stopniach. Droga, po której dotarliśmy tutaj całkowicie osamotnieni wypełniła się ludźmi. Małe dzieci były naszą obecnością bardzo zaciekawione. Ale generalnie to wszyscy przystawali i przyglądali się nam w zdumieniu, uśmiechali się, robili zdjęcia i wdrapywali się dalej. Słońce było już wysoko, więc wydawałoby się, że mocno pospaliśmy, ale nie, była dopiero 7:30. Być może dlatego budziliśmy taką sensację, że wszyscy pędzili na górę, żeby być tam jak najwcześniej i złapać jeszcze nieco porannego klimatu, a poza tym obejść wszystko i zdążyć zejść przed końcem dnia. Nocleg w nielicznych hotelach na terenie parku był niezwykle drogi, a tu znaleźli się spryciarze z namiotami. Zapowiadał się ładny dzień, ale zdecydowaliśmy żeby zjeść śniadanie po drodze. Jak podpowiadała mi intuicja, było to złym pomysłem. Już po kilkuset metrach kupiłem u jednego z wszechobecnych handlarzy czekoladowe batoniki. Chińczykom też nie było lekko. Byli typowymi mieszczuchami w dość eleganckich strojach i niewłaściwym obuwiu (gdyby gdzieś skończyły się równe stopnie). Nie jest to może nic dziwnego, to samo można zobaczyć w Polsce. Ale ich kondycja fizyczna była wyraźnie nieadekwatna do podejmowanego wysiłku. Zdarzało się zobaczyć młodzież wymiotującą z wysiłku. Wielu było bardzo ostrożnych, czuli się niepewnie stojąc nad dużą przestrzenią, albo kurczowo trzymali się barierek. Odnoszę wrażenie, że Azjatom wybranie się w góry przychodzi dość ciężko, zresztą nie jest to w tak zorganizowanym parku tanie przedsięwzięcie. Bilet wejściowy po zniżce wyniósł 110 CNY, czyli 55 PLN. Do tego większość ludzi przyjeżdżało w zorganizowanych grupach, nosili identyfikatory czy jednakowe czapeczki, przez cały czas mieli przewodników, a organizator zapewniał nawet fikuśne stroje przeciwdeszczowe. Praktycznie nikt nie nosił większego bagażu, tak więc nasze wielkie plecaki budziły u wielu przechodniów respekt.

DSD_0732.jpg
DSD_0714.jpg

Natomiast my zachwycaliśmy się wyczynami lokalnych tragarzy. W regularnych odstępach mijaliśmy drobnych facetów dźwigających niesamowite ciężary. Na swoich przygarbionych grzbietach opierali długie żerdzie z mocnego drewna, a na każdym końcu paletę z rozmaitym ładunkiem - zgrzewkami wody butelkowanej, warzywami i kto wie czym jeszcze. Jedna paleta sięgała nieco wyżej od drugiej, żeby można ją było nieść z przodu idąc do góry. Ci ludzie wykonywali po kilkadziesiąt kroków, po czym przystawali i odpoczywali mniej więcej tak długo jak podchodzili. Mieli potężne, zupełnie przerośnięte łydki. Ich pracą było zaopatrywanie sklepów rozmieszczonych w kilkunastu miejscach na całej górze, a być może także luksusowego hotelu i restauracji. Było to trochę przykre, bo przecież była kolejka gondolowa, która mogła (być może w jakimś stopniu była) zostać do tego wykorzystana. Ale takie tradycyjne rozwiązanie jest, wedle mojej pobieżnej oceny, typowe dla Kraju Środka.

DSD_0735.jpg
DSD_0777.jpg
DSD_0786.jpg
DSD_0787.jpg
DSD_0767.jpg

Po niemal 3 godzinach od wymarszu dotarliśmy na przełęcz. Po lewej stronie był Szczyt Jadeitowego Ekranu, po prawej - Szczyt Niebiańskiej Stolicy. Ten ostatni był jednocześnie trzecim co do wysokości szczytem całego pasma - 1829 m n.p.m. Można było na niego wejść w ciągu 30 minut i trzeba było wrócić na przełęcz, więc podzieliliśmy się na dwie grupy: jedna szła do góry, druga pilnowała plecaków. Razem z Konradem i Pawłem poszliśmy pierwsi. Na samym początku droga była bardzo stroma i eksponowana, budząc sporo strachu u wielu Chińczyków. Stopnie były teraz wyciosane w litej skale, a za poręcze służyły stalowe liny. Zabezpieczenie trasy było całkiem dobre. Kiedy przeszedłem pierwszy odcinek, odwróciłem się i zobaczyłem fantastyczny widok przeciwległego szczytu. A potem było jeszcze ciekawiej. Poruszaliśmy się na pograniczu chmur, czasami przesłaniały nam wszystkie widoki, a czasami tylko z jednej strony. Przechodziliśmy niesamowite formacje skalne, jak niezwykle wąski grzebień nazwany Grzbietem Karpia, czy ogromny stos głazów, pod którymi trzeba się było przecisnąć. Tuż przed samym szczytem niespodzianka - pod dwiema parasolkami mieścił się mały warsztacik grawerski. Można było kupić pamiątkowy medal za zdobycie szczytu z datą i swoim imieniem. Już po drodze się zorientowaliśmy, że te medale są prawdziwym hitem. My jednak uznaliśmy je za szczyt kiczu, także nawet nie pamiętam, ile ta przyjemność by nas kosztowała. Atmosferę na szczycie zakłócało głośne buczenie agregatu prądotwórczego, bez którego produkcja tych medali byłaby niemożliwa. Widok też był kiepski - dużo chmur, ale nie dość niskich żeby cieszyć się efektem morza chmur (patrz niżej), ani nie dość wysokich żeby można było spojrzeć w doliny. Musiało być to jednak bardzo romantyczne miejsce, ponieważ na wszystkich barierkach zawieszone były małe kłódeczki z wydzierganymi chińskimi znaczkami i serduszkami. Być może to również były dzieła Rzemieślników z Niebiańskiej Stolicy.

DSD_0818.jpg
DSD_0809.jpg

Po zejściu na dół mieliśmy chwilę na odpoczynek, kiedy druga tura zdobywała szczyt. Kiedy wrócili, skierowaliśmy się w lewą stronę przełęczy - na Szczyt Jadeitowego Ekranu. Bezpośrednio przed szczytem rosła największa, a na pewno najsłynniejsza sosna w tych górach. Nazywała się Sosna Witająca Gości, podobno miała 1500 lat i niejeden cesarz napisał o niej wierszyk. Na nas nie zrobiła takiego wrażenia, może dlatego że trudno było się jej przyjrzeć z powodu tłumu ludzi robiących jej zdjęcia. Ten tłum zaskoczył nas, wdrapujących się na górę na własnych nogach, ponieważ wjechał on sobie wygodnie kolejką gondolową, która niedaleko miała swoją górną stację. Miejsce na którym się znaleźliśmy, było jednym z głównych centrów turystycznych parku. Mieścił się tu luksusowy hotel, restauracja i posterunek policji. Ceny w restauracji były kosmiczne, ale na szczęście była jeszcze mała gastronomia. Do wyboru były: gotowana kukurydza, parówki/hot-dogi i lody włoskie. Skorzystaliśmy z tego nie jeden raz.

DSD_0821.jpg
DSD_0842.jpg
DSD_0827.jpg
DSD_0836.jpg
DSD_0849.jpg

Była godzina 16 i stwierdziliśmy, że nigdzie już tego dnia nie dojdziemy. Poszukaliśmy więc miejsca na rozbicie namiotów. Jakieś 200 metrów od placyku znaleźliśmy platformę widokową, bardzo ładnie podmurowaną, położoną nad sporą przepaścią. Ponieważ wszystko się znowu zachmurzyło, nie było z niej żadnego widoku. Rozłożyliśmy karimaty, zjedliśmy kolację i popiliśmy wódkę żołądkową gorzką, którą wiozłem na wypadek problemów trawiennych. Były moje imieniny. Dostałem parę sms-ów i odpisywałem - 'pozdrawiam z Huangshan' :) Tymczasem ścieżka opustoszała, zaczeli schodzić pracownicy hotelu, niedługo przestawała chodzić kolejka. Wypatrzyli nas również strażnicy parkowi. Jeden z nich przez dłuższą chwilę się nam przyglądał wyraźnie zdumiony, po czym odszedł. Potem przyszedł inny, znający troszeczkę angielski i zapytał nas, co tu robimy. Kiedy powiedzieliśmy, że tu śpimy i pokazaliśmy śpiwory, to sobie poszli i mieliśmy już spokój. Kiedy zaczęło się zmierzchać, jednocześnie przetarło się niebo. Zaczął się piękny spektakl skał i chmur. A potem wyszedł młody księżyc - trzy dni po zaćmieniu. Robiłem zdjęcia do momentu, kiedy światła brakowało na 30-sekundowe ekspozycje. Nie było jeszcze 20, kiedy położyliśmy się spać. Nie rozstawialiśmy namiotów, spaliśmy na karimatach pod gołym niebem. Pięknie rozgwieżdżonym :)

To był najpiękniejszy nocleg w moim życiu!

Dzień 13 (26.07.2009) - Huangshan

Znowu obudzili nas turyści. Tyle że znacznie wcześniej, bo przed wschodem słońca. To byli szczęśliwcy mieszkajacy w hotelu, ale dla lepszego widoku udawali się w miejsce położone na sąsiedniej górze. Nasza półka położona była po stronie południowo-zachodniej, a więc nie mogliśmy z niej widzieć wschodu. Wstałem całkiem wyspany, choć trochę mi było na pojedynczej karimacie za twardo. Choć wstałem jako jeden z pierwszych, nie zdecydowałem się pójść za ludźmi i nie zobaczyłem momentu wschodu. Obserwowałem tylko jak przeciwległe wierzchołki skał zalewa żółte światło. Chińczycy dość szybko zaczęli wracać do hotelu, znowu przechodząc obok nas. Kiedy na ich punkcie obserwacyjnym zrobiło się luźniej, wybrałem się tam na zdjęcia. Można sobie było pochodzić ścieżką poprowadzoną nad wschodnią doliną. Intensywnie żółte światło słoneczne podkreślało porozrzucane po niej wielkie skały, bardziej odległe zarysy gór miały kolor niebieskawy. Odnosiłem wrażenie, że niewiele straciłem nie wybierając się na moment wschodu. Nie byłby to widok bardziej spektaklarny od wschodu słońca nad Wielkim Kanionem. No ewentualnie gdyby w dolinie zalegały chmury, ale była ona zupełnie czysta. Fajne było to, że byłem tam zupełnie sam, panowała bezwzględna cisza, powietrze stało, a ja miałem te widoki tylko dla siebie.

Potem wróciłem do naszego obozu i skierowałem się w stronę hotelu. Wyłonił się fantastyczny widok na Szczyt Niebiańskiej Stolicy, który niczym wielki okręt płynął w morzu chmur. To było coś, z czego góry Huangshan najbardziej słyną. Może mój punkt obserwacyjny nie był najlepszy, a i samych chmur mogło być więcej, jednak było to imponujące widowisko. Ponownie wróciłem do obozu, a z naprzeciwka szli nowi ludzie - ruszyła kolejka gondolowa. Nagle platforma widokowa, na której się rozłożyliśmy, stała się bardzo atrakcyjna i mieliśmy coraz więcej gości. Musieliśmy trochę się spakować i przenieść plecaki na zewnętrzny brzeg. Trzeba było wysuszyć śpiwory, które złapały trochę rosy. Z każdą minutą robiło się coraz tłoczniej, turyści zaczęli się denerwować, że przeszkadzamy im w robieniu zdjęć. W końcu zebraliśmy rzeczy i przenieśliśmy się na placyk pod hotelem. Pomimo że najtańszy nocleg w nim kosztował 450 zł, jeden z menagerów zgodził się, żebyśmy zostawili w hallu swoje duże plecaki na cały dzień. Ponieważ nie było miejsca na żadnym zapleczu, plecaki stały na widoku tuż obok recepcji i były zawinięte w sieć z dość dużymi okami. Taka usługa kosztowała nas zaledwie 5 zł od osoby. Nigdy bym sobie nie wyobraził takiej akcji w 4-gwiazdkowym hotelu :)

Pozbywszy się balastu, dojedliśmy na śniadanie gotowaną kukurydzę. Byliśmy gotowi do dalszej drogi i zdobywania zachodniej części gór. Startowaliśmy z wysokiego punktu i na początku trawersowaliśmy bez specjalnie dużych wzniesień do pokonania. Przeszliśmy jeszcze raz przez taras, na którym wcześniej robiłem zdjęcia po wschodzie słońca. Następnie droga skręcała w lewo, opasając od południa Szczyt Lotosu, najwyższy wierzchołek w całym paśmie. Okazało się jednak, że droga na górę była zamknięta.

Ostatecznie dotarliśmy do miejsca zwanego Doliną Tajemnic…

Szukaliśmy jeszcze jednego szczytu do wejścia, w pewnym momencie rozdzieliliśmy się, wróciliśmy na Szczyt Jadeitowego Ekranu…

Odebraliśmy bagaże i rozłożyliśmy się w tym samym miejscu. Niestety wkrótce zaczął padać deszcz i musieliśmy rozbić namioty…

Dzień 14 (27.07.2009) - Huangshan / Yingtan

Obudziwszy się, słyszeliśmy miarowe uderzenia kropel o namiot. Czekał nas ciężki dzień. W sumie i tak mieliśmy schodzić z tych gór, ale zmuszeni zostaliśmy do bezładnej ewakuacji. Musieliśmy spakować wilgotne śpiwory i całkowicie mokre namioty. Nie było śniadania, wschodu słońca, ani żadnego zdjęcia na pożegnanie z Huangshan. Przechodzący ranni turyści byli o wiele bardziej zszokowani na nasz widok, niż w poprzednich dniach. Mnie natomiast deprymował rozrywający się pod pachą sztormiak. Co prawda było to badziewie za kilkanaście złotych z Carrefoura, ale spełniło swoją rolę podczas kilku deszczowych wędrówek nad Bajkałem. I choć dziura pod pachą nie oznaczała jeszcze całkowitej utraty funkcjonalności, to jednak poszerzała się znacząco przy każdym nałożeniu/zdjęciu plecaka, tak że na dole nadawał się wyłącznie do wyrzucenia.

Od naszego obozowiska musieliśmy przejść jedynie krótki odcinek do górnej stacji kolejki gondolowej. Były to typowe sześcioosobowe kabiny produkcji europejskiej (możliwe że szwajcarskiej), całkowicie osłonięte od deszczu, niemal hermetyczne. Siłą rzeczy przywiodły klimat kurortów narciarskich. Mimo deszczu i niskich chmur, wpatrywaliśmy się w formacje skalne, po których spływały nieistniejące dzień wcześniej bystre strumienie. Wiele z nich nie miało nawet wyraźnych koryt i trudno byłoby wskazać je po ustaniu deszczów. Z dolnej stacji kolejki wyszliśmy na placyk znany nam sprzed paru dni. Ponieważ ktoś poszedł skorzystać z toalety, bardzo zresztą wytwornej, staliśmy przez dłuższy czas w jakiejś bramie, gdzie ścisnęła się spora grupka turystów, ponieważ nie było zbyt wiele zadaszonych miejsc w otoczeniu. Zauważyliśmy, że chińscy turyści nie zabierają ze sobą wiele rzeczy w góry, jednak na deszczową pogodę przygotowywali się bardzo skrupulatnie, a często musieli być zaopatrzeni przez organizatora wycieczki, kiedy wszyscy nosili podobne okrycia przeciwdeszczowe. Ja natomiast czułem już strużki wody spływające po plecach, natomiast deszcz jakby się wzmagał.

Przeszliśmy 100 m dalej, gdzie parkowały autokary. W dniu przyjazdu nie braliśmy ich nawet pod uwagę i podeszliśmy od miasteczka piechotą. Cały czas mijały nas nowiutkie niebieskie pojazdy wypełnione Chińczykami. Teraz musieliśmy z nich skorzystać, choć nie orientowaliśmy się, dokąd nas one zabiorą. Nałapaliśmy więc znowu nieco deszczu, gdy próbowaliśmy się dowiedzieć, jakie bilety kupić i którym pojazdem będziemy jechać. Było to trochę irytujące, ale wreszcie jakaś kobieta wytłumaczyła nam konkretnie, gdzie mamy pójść. Zjazd do miasteczka był ekspresowy, niczym w kalejdoskopie mijaliśmy miejsca na trasie, którą pokonywaliśmy w drugą stronę przez dwie godziny. Zostaliśmy wysadzeni na dworcu autobusowym, gdzie zaczepił nas kierowca autobusu do miasta Huangshan. Jego pojazd był mniejszy i niezbyt wygodny, ale musieliśmy w nim trochę zaczekać przed odjazdem. Jechało tam dwóch Europejczyków o urodzie metalowców, ale skład został dopełniony Chińczykami.

Nagle dostrzegliśmy pewien delikatny problem: roztaczaliśmy na tyle nieprzyjemną woń, że chińskie nastolatki ostentacyjnie zatykały sobie nosy, a jedna od razu przesiadła się do przodu. Faktycznie, byliśmy totalnie przepoceni. Ostatni prysznic braliśmy w Hangzhou, kolejne trzy noce spędziliśmy w górach, gdzie codziennie przelewaliśmy litry potu. Tak więc nic w tym dziwnego, choć wcześniej nie zdarzyło mi się, żeby to było aż tak uderzające. Jednak miejscowi musieli sobie z nami dać radę jeszcze przez parę kolejnych dni.

DSD_1242.jpg

Dotarliśmy na plac przed dworcem kolejowym Huangshan. Dopiero tutaj przestało padać. Mieliśmy kilka godzin do odjazdu pociągu, a naszą pierwszą potrzebą było zjeść. Po prawej stronie dworca zaczynała się ulica z licznymi sklepami i małymi knajpkami. Oczywiście zaczepiani byliśmy przez tych bardziej nachalnych, ale poszliśmy trochę dalej i wybraliśmy lokal prowadzony przez skromną kobietę z małymi dziećmi. Zajęliśmy miejsca w drugiej sali, gdzie był większy, okrągły stół, w sam raz dla nas. To był moment, w którym wreszcie mogliśmy się zrelaksować, wypić piwo, najeść się do syta, przegrać zdjęcia na fotobank. Menu było wyraźnie skromniejsze od tego, jakie spotykaliśmy w dużych miastach. Główna różnica dotyczyła mięsa, nasze ulubione danie Gong Bao (kurczak z orzeszkami) zawierało dużo chrząstek i kostek. Po obiedzie przeszliśmy na dworzec i rozłożyliśmy się z rzeczami w poczekalni. Ponieważ było tam bardzo dużo miejsca i nikomu nie przeszkadaliśmy, wyciągnęliśmy namioty, śpiwory i wszystkie mokre rzeczy. Wyszedłem na moment na miasto i w pierwszym lepszym supermarkecie znalazłem sobie całkiem porządny nowy sztormiak.

DSD_1243.jpg

Maćka zagadnęły dwie ciekawskie nastolatki, które wykorzystały naszą obecność do poćwiczenia konwersacji w języku angielskim. Stosunkowo rzadko zdarzało się nam spotkać ludzi otwarcie okazujących zainteresowanie tym, co robimy. Ale być może nie sprzyjała temu nasza rola turystów z napiętym grafikiem zwiedzania. Spotykaliśmy głównie ludzi, dla których byliśmy klientami, albo rozkojarzonych lokalnych turystów, którzy często budzili politowanie. Przed wyprawą znalazłem znakomity blog, którego autor doświadczył wielu niezwykle sympatycznych interakcji z mieszkańcami Kraju Środka: The Longest Way.

Czekała nas długa podróż, której celem był Kunming. Pierwszym etapem był pociąg do Yingtanu. Był to krótki odcinek, ok. 5 godzin, który prowadził przez słabo zaludnione tereny. Był to najluźniejszy pociąg, jakim mieliśmy okazję jechać, w naszym wagonie było mnóstwo wolnych miejsc, także mogliśmy się rozsiąść swobodnie. Wiele przez okno nie zobaczyliśmy, bo szybko zapadł zmierzch. Podejrzewam, że byłyby to całkiem ładne widoki. Podróż przebiegła bardzo spokojnie, jednak z tym relatywnym komfortem musieliśmy się na dobre pożegnać. Po przyjeździe do Yingtanu musieliśmy zaczekać niecałe 4 godziny do naszego pociągu. To znaczy spędzić jakoś czas między 23:30 a 3:00. Dworcowe poczekalnie były zatłoczone, panował nieprzyjemny zaduch. Udaliśmy się na piętro, gdzie na szczęście była tylko garstka ludzi, pozamykane sklepy, powyłączane światła, spory kawałek podłogi, a nawet gniazdka elektryczne nadające się do podładowania komórek. Wyciągnęliśmy więc karimaty, dmuchane jaśki i położyliśmy się, żeby nieco odpocząć. Bałem się zasnąć w takim miejscu, gdzie piętro niżej koczowały setki ludzi o nieznanej etyce. Jednak chyba jeszcze bardziej bałbym się robić taką akcję w Polsce. Przez może niecałą godzinę udało mi się lekko zdrzemnąć.

Dzień 15 (28.07.2009) - pociąg Yingtan - Kunming

Wsiedliśmy do pociągu do Kunmingu. Na 6 osób mieliśmy tylko 3 miejscówki siedzące w najniższej klasie. Konduktorzy przecierali oczy, ale zabrali nas do nieco luźniejszego wagonu. Zaczął się koszmar…

Dzień 16 (29.07.2009) - Kunming / Kamienny Las

Dotarliśmy do Kunmingu ok 10 rano. Z problemami znaleźliśmy przechowalnię bagażu, coś zjedliśmy, kupiliśmy bilet autobusowy do Lijiangu…

Pojechaliśmy do Kamiennego Lasu. Mieliśmy niecałe 3 godziny na obejście go, co było raczej wystarczające…

Wkrótce po powrocie do Kunmingu wsiedliśmy do autobusu z miejscami leżącymi. Na początek pewien wygadany 'manager' autobusu wyłudził od nas kasę na 'paliwo'…

Dzień 17 (30.07.2009) - Lijiang

Wszyscy głęboko zasnęliśmy, nikt nie pamiętał postoju w Dali. W Lijiangu okazało się, że Pawłowi skradziono aparat. Została wezwana policja, Paweł pojechał na komisariat, jakiś czas czekaliśmy na niego…

Musieliśmy znaleźć hostel, nie mieliśmy żadnych rezerwacji, ani nawet wystarczających namiarów. Weszliśmy w sam środek historycznej starówki…

Po południu poszliśmy na dworzec autobusowy kupić bilety na autobus do Wąwozu Skaczącego Tygrysa…

Zjedliśmy obiad na starówce, najlepsza była pikantna potrawka z mięsa jaka, z premedytacją nie zamówiliśmy napojów…

Dzień 18 (31.07.2009) - Wąwóz Skaczącego Tygrysa

Wcześnie rano poszliśmy na dworzec autobusowy, wsiedliśmy w busa…

Zatrzymaliśmy się przy ruinach jakiegoś klasztoru, był ciekawy widok na dolinę Jangcy…

DSD_1417.jpg

Wysiedliśmy w miejscu, gdzie sprzedano nam bilety wstępu i wydano skserowane mapki. Jeżeli był tam jakikolwiek park, to dopiero w fazie organizacji. Powinniśmy wysiąść dalej, bo musieliśmy iść kawałek do rozwidlenia rzek. Nieco dalej budowany był zadziwiający kompleks turystyczny. Przejeżdżało tam kilka autokarów. Parę osób poszło szukać informacji i skorzystać z toalety. Miałem wtedy głupią przygodę: wszedłem do pomieszczenia będącego toaletą w trakcie wykańczania, stanąłem nad pisuarem i zacząłem sikać. Niestety pisuar nie był podłączony do kanalizacji, więc narobiłem niezły bałagan. Nikogo tam nie było, więc wycofałem się niezauważony.

DSD_1424.jpg

Nie było oczywiste, gdzie zaczyna się szlak. Mapki zawierały co najmniej taki błąd, że odwrotnie zaznaczono na nich bieg rzeki. Wzdłuż rzeki biegła wygodna droga asfaltowa, upierałem się że trzeba nią iść. Inni twierdzili, że trzeba się wspiąć na górę. Nie było wyraźnych tablic, ani kogo się zapytać. Podeszliśmy drogą, aż trafiliśmy na zamieszkały dom. Wskazali nam ścieżkę na górę. Tak więc nie miałem racji, choć bardzo się upierałem. Podejście było ostre, prowadziło słabo zaznaczoną ścieżką, miedzami pośród poletek kukurydzy. Było dość duszno, mocno się spociliśmy. Dotarliśmy do gospodarstwa, gdzie był malutki sklepik i bardzo wiekowy sprzedawca. Kupiliśmy tam dużo lodów i odpoczywaliśmy przez dłuższą chwilę.

Dalej było znacznie łatwiej, byliśmy już na właściwym szlaku. Był on tylko prowizorycznie oznakowany czerwonymi strzałkami namalowanymi na kamieniach. W jednym miejscu była większa tablica z odległościami do kolejnych schronisk w godzinach. Było to oczywiście lepsze rozwiązanie niż tablice z kilometrami umieszczane w lepiej zorganizowanych parkach. Nie było tutaj również ułożonych stopni ani toalet czystszych niż w hostelach. Nadawało to temu szlakowi bardziej swojskiego charakteru. Nie było tutaj tłumów chińskich turystów, spotykaliśmy niemal wyłącznie turystów zagranicznych. Między innymi zorganizowaną wyprawę koreańczyków, którzy zamierzali zdobyć znajdujący się ponad nami pięciotysięcznik. Sądząc po ich tempie, nie dawaliśmy im większych szans.

DSD_1521.jpg
DSD_1523.jpg

Naszym celem było schronisko Tea Horse znajdujące się mniej więcej w połowie wąwozu…

Dzień 19 (1.08.2009) - Wąwóz Skaczącego Tygrysa

DSD_1551.jpg
DSD_1575.jpg
DSD_1631.jpg

Rano padał lekki deszczyk. Zebraliśmy się i zamówiliśmy śniadanie: naleśniki z różnymi nadzieniami. Wyszliśmy w trasę uzbrojeni w pokrowce na plecaki i przeciwdeszczowe kurtki. Na szczęście robiło się coraz lepiej, wkrótce niebo zaczęło się przecierać. Z mokrych łąk podnosiły się niesamowite obłoczki. Za rzeką wznosiła się potężna ściana gór, których szczyty ginęły w gęstych chmurach. Nasza ścieżka prowadziła trawersem przez kolejne grzbiety i doliny. W jednym miejscu musieliśmy przejść prosto przez mały wodospad.

DSD_1665.jpg
DSD_1679.jpg

Wkrótce chmury rozproszyły się i wyszło słońce. Znaleźliśmy się na otwartej łące, schodziliśmy w kierunku zabudowań i szosy. Przez moment ścieżka była gliniasta i mimo tego, że była sucha i mieliśmy vibramove podeszwy, było bardzo ślisko. Doszliśmy do schroniska będącego w budowie, wypiliśmy piwo na nasłonecznionym tarasie. W tym regionie królowało piwo Dali, oznaczone dumną etykietą advanced technology. Było jednym z lepszych piw, jakich próbowaliśmy w Chinach. Bardzo szybko wysuszyliśmy wszystkie rzeczy, które miały kontakt z porannym deszczykiem. Niektórzy zdążyli też złapać nieco za dużo słońca.

DSD_1683.jpg

Asfaltowa szosa biegła przez całą długość wąwozu, na dotychczasowym odcinku biegła bardzo blisko rzeki, podczas gdy my poruszaliśmy się kilkaset metrów powyżej. Nie służyła ona bezpośrednio mieszkańcom wiosek, przez które przechodziliśmy. Było natomiast wiele autokarowych wycieczek, które docierały do pewnego punktu widokowego na pierwszy odcinek właściwego przełomu. My znajdowaliśmy się już parę kilometrów dalej. Przeszliśmy przez całkiem zgrabny most łukowy, kawałek dalej znajdował się sklep. Od niego zaczynała się ścieżka do dna wąwozu w jego najwęższej części. Ścieżka była utrzymywana przez lokalną społeczność z ludu Naxi, którzy pobierali dodatkową opłatę 10 CNY. Oczywiście budziło to opór, jako że zapłaciliśmy już 50 CNY za wejście teren wąwozu. Rozumieliśmy jednak, że tamto zapłaciliśmy oficjalnym władzom, to zaś może trafić bezpośrednio do tutejszych mieszkańców. Zdecydowaliśmy się zapłacić i była to bardzo dobra decyzja. Mogliśmy zostawić plecaki w sklepiku, pilnowała ich dla nas bardzo dobrotliwa staruszka.

DSD_1700.jpg
DSD_1701.jpg
DSD_1709.jpg

Na początek schodziliśmy zielonym pastwiskiem, ale robiło się coraz stromiej. Potem weszliśmy między urwiste skały i stąpaliśmy po w miarę poukładanych kamiennych płytach, trzymając się grubych stalowych lin. Ekspozycje były imponujące, poruszaliśmy się z wielką ostrożnością. Trzeba było stawiać długie kroki, co mocno obciążało kolana. W najtrudniejszym odcinku droga miała dwa warianty, jeden z bardzo długą drabiną zabezpieczoną cylindryczną klatką, drugi z wąskim zejściem i krótszą drabiną. Bez tych instalacji zejście na dno wąwozu w tym miejscu nie byłoby możliwe, dlatego przyznaliśmy że nie płaciliśmy za nic. Na dole rósł mały bambusowy zagajnik, prawdopodobnie zacieniony przez większą część dnia. Nad brzegiem leżał olbrzymi głaz zaimprowizowany na bezpieczny punkt widokowy. Miejscowi sporządzili tablicę w języku chińskim i angielskim, która w dramatycznych słowach ostrzegała turystów przed wchodzeniem na mokre skały. Podobno dwa lata wcześniej wydarzył się tu śmiertelny wypadek. Jakiś człowiek wpadł do rzeki i mimo że byli świadkowie, nie zdołali go uratować. Rzeka w tym miejscu była bardzo wzburzona, na odsłoniętych skałach bezustannie rozbryzgiwały się spienione fale. Granica bezpieczeństwa, linia między skałami suchymi a mokrymi, była nieustannie odnawiana.

DSD_1711.jpg
DSD_1718.jpg
DSD_1728.jpg
DSD_1732.jpg

Po prowizorycznej drabince zeszliśmy jeszcze o kilka metrów niżej, do poziomu rzeki. Mogliśmy poruszać się po sporym rumowisku, choć przyciągała grupa największych skał, na których rozbijały się najefektowniejsze fale. Towarzyszył nam nieustający grzmot o sile porównywalnej z wielkimi wodospadami. Tutaj właśnie wielka rzeka Jangcy miała zaledwie kilka metrów szerokości. Byliśmy w miejscu, od którego wzięła się nazwa wąwozu. Tuż poniżej rzeka przeciskała się między dwiema skalnymi ścianami. Według legendy, w tym miejscu przeskoczył z jednego brzegu na drugi pewien goniony przez myśliwych tygrys.

DSD_1739.jpg

Przyszedł czas na powrót na szosę, tym razem trzeba było mozolnie wdrapywać metr po metrze. Wykorzystaliśmy długą drabinę, miała szeroko rozstawione stopnie. Oczywiście wchodziliśmy pojedynczo, można powiedzieć że całkowitej pewności co do jej wytrzymałości mieć nie mogliśmy. Wejście porządnie nas zmęczyło i odwodniło. Byliśmy w połowie podróży, ale pełni formy jeszcze nie złapaliśmy. To, że na górze czekał na nas sklep z zimnymi napojami, było bardzo pomocne.

DSD_1742.jpg

W międzyczasie słońce schowało się za górami, ale do końca dnia było jeszcze z dobrą godzinę. Poszliśmy dalej szosą, dość wygodną i niemal zupełnie pustą. Wreszcie doszliśmy do jakiejś rozciągniętej osady. Blisko wejścia był dom gościnny: ładnie wykończony z eleganckim obejściem. Weszliśmy obejrzeć, ale zdecydowaliśmy się iść dalej. Podobnie jak poprzednio, chcieliśmy uniknąć płacenia za nocleg w pokoju. Kilkaset metrów dalej był kolejny dom gościnny Tibet. Był on jeszcze na etapie urządzania/remontu/budowy i nie było w nim żadnych gości. Mieszkali tutaj Tybetańczycy, a gospodyni mówiła przyzwoicie po angielsku. Zrzuciliśmy rzeczy na tarasie, były tam różne stoły i wiklinowe fotele. Usiedliśmy, przeglądając kartę dań wypisaną odręcznie w zwyczajnym zeszycie w kratkę…

Dzień 20 (2.08.2009) - Wąwóz Skaczącego Tygrysa / Lijiang

DSD_1746.jpg

Może i niewygodny jest twardy beton, ale spało się na nim twardo, skoro wstałem ze sporą lekkością. Słońce wstało gdzieś za potężnym masywem, który przytłaczał tę skromną wioskę. O śniadanie nie musieliśmy się martwić, w końcu oszczędziliśmy na noclegu w łóżkach. Paradoksalnie wykazaliśmy się największym skąpstwem w najbardziej gościnnym miejscu na całej trasie. Do tego jeszcze kuchnia z wyborem zachodnich dań: zjedzenie omleta dawało więcej sił na wędrówkę niż miska ryżu z warzywami. W trakcie naszego śniadania robotnicy przechodzili co chwila z wiadrami cementu, prowadzili jakieś prace w tylnej części budynku.

DSD_1749.jpg

Gospodyni radziła nam szybko się zbierać, jeżeli mieliśmy zdążyć na autobus, który punktualnie o 13:00 miał odjeżdżać z wioski na drugim biegu rzeki. Trochę nie zdawaliśmy sobie sprawy, ile czeka nas drogi. Spokojnie spakowaliśmy rzeczy, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia. Było po 9, gospodyni stwierdziła, że potrzeba co najmniej 4 godzin drogi do autobusu, sugerowała załatwienie transportu. Ale co to, to nie, uparliśmy się, żeby nie ponosić żadnych dodatkowych kosztów. Gdy wyruszyliśmy, była już 9:30. Asfaltowa droga wyprowadziła nas z wioski, która jak się okazało, miała jeszcze jeden dom gościnny. Potem był zakręt w lewo, dolina zwężała się. To był ostatni etap wąwozu.

DSD_1762.jpg
DSD_1767.jpg
DSD_1785.jpg
DSD_1789.jpg

Na drodze nie było prawie żadnego ruchu. Była znakomita pogoda, szliśmy w cieniu, mieliśmy dobre tempo i pełny optymizm. Wkrótce zaczęły się zasadnicze zmiany w krajobrazie: zamiast stromych zboczy rozległe wypłaszczenia pokryte dość ubogą trawą. Rzeka wiła się dalej w swoim wyżłobieniu, biegnąc w kierunku rozległej płaskiej kotliny. Widoki były niesamowite, czuło się przed sobą wielką przestrzeń. Dla kontrastu, na naszym brzegu droga wcinała się w potężne skalne wyrobisko. Miejscami widać było ślady eksploatacji. Czyżby był tutaj kiedyś kamieniołom? Nieco później to się jakby potwierdziło, mijaliśmy grupę ludzi pracujących przy produkcji żwiru. Okropny hałas, duszący pył, to było przykre zetknięcie z cywilizacją.

W głębi kotliny majaczyła większa wieś, jeszcze dość daleko, ale wydawała się być w zasięgu. Potem zobaczyliśmy, że nieco bliżej znajduje się odrębne plateu i jakaś miejscowość po naszej stronie rzeki. Tyle że droga poprowadzona była wzdłuż poziomicy, a ta zdecydowanie nie była najkrótszą drogą do celu. Ta okolica, chociaż piękna krajobrazowo, nie jest przyjazna piechurowi. Zaczęliśmy się niepokoić o czas, była godzina 10:40. Zaczęło się robić monotonnie. Każdy szedł własnym tempem, więc mocno się rozciągnęliśmy. Ja, choć stawiam raczej długie kroki, byłem raczej bliżej końca stawki, ponieważ robiłem dużo zdjęć. To było wręcz wariackie tempo, ale i nieco zabawne. Można było przewidywać, z którego miejsca warto coś strzelić. Trzeba było patrzeć często we wszystkie strony. Przy wielu zakrętach znajdowały się małe wzgórki, pewnie usypane przy budowie drogi. Podchodząc do takiego miejsca, ustawiałem aparat w marszu, zatrzymywałem się na górze, strzelałem i szedłem dalej. Tak powstała pokazana niżej panorama:)

pano_hutiao.jpg
DSD_1820.jpg
DSD_1822.jpg
DSD_1827.jpg

W jednym miejscu, przy jakimś sklepie czy domu gościnnym, trochę się czołówka zatrzymała, ja jednak na moment nie zwolniłem kroku. Potrzebowałem zapasu czasu, gdyby trzeba było coś pstryknąć. Odczuwaliśmy już presję nieubłaganego czasu. Wreszcie ok 11:30 dotarliśmy do wioski. Składała się ona z masowo wybudowanych domów z suszonych cegieł. Wieś była nieco odludna, ale znaleźliśmy sklep zaopatrzony we wspaniałe zimne napoje. Tak, od kiedy wyszliśmy na otwarty teren, słońce dyskretnie nas przypiekało. Nie przypominam sobie, żeby orzeźwiał nas jakikolwiek wiaterek. Wszyscy byli już zmęczeni, ale diagnoza była krótka: musimy zap***ać:) Właściciel sklepu rozwiał nasze nadzieje, że jesteśmy już prawie u celu: czekała nas jeszcze godzina drogi. Trasę miały odtąd znaczyć czerwone napisy "Ferry", musieliśmy bowiem przeprawić się przez rzekę. Trochę trudno uwierzyć, że w tej kotlinie nie zbudowano jeszcze żadnego mostu. Byliśmy jednak w prowincji Yunnan z dala od większych miast. Okolica nie była jakoś szczególnie biedna, ale przemysł turystyczny rozwijał się tylko po jednej stronie wąwozu. Do tego miejsca docierali wyłącznie turyści zachodni, na których o dziwo nikt tu nie chuchał.

DSD_1831.jpg
DSD_1842.jpg
DSD_1844.jpg

Ruszyliśmy dalej i nagle znaleźliśmy się na terenie rolniczym. Przez ostatnie dni oglądaliśmy głównie uprawy tarasowe, tutaj było mniej egzotycznie. Będąc na górze, nie widzieliśmy celu, jedynie sporadycznie mijaliśmy prowizoryczne drogowskazy. Zacząłem oceniać, że nasze szanse złapania autobusu spadły poniżej 50%. Jednak nadzieja wciąż istniała, więc parliśmy dalej. Wreszcie doszliśmy do krawędzi plateau i dostrzegliśmy w dole miejsce przeprawy. Trzeba było zejść po stromym zboczu, co w wielu miejscach nie wyglądało na bezpieczne, gdy człowiek się spieszy. Mniej więcej o 12:30 stanęliśmy nad brzegiem. Prom znajdował się po drugiej stronie rzeki. Po naszej stronie stało trzech mężczyzn. Wydawało się, że tu pracują, zapytałem się ich o cenę przeprawy. Ponieważ nie mogliśmy się skomunikować, sądziłem że trzeba rozmawiać bardziej konkretnie, więc wyciągnąłem portfel i pokazałem, że chcę zapłacić za przeprawę 6 osób. Oczywiście najbardziej zależało mi na czasie, część osób była jeszcze w drodze na dół. Goście zaśmiali się na moje rozgorączkowanie, oczywiście zbłaźniłem się w ich oczach. Wreszcie gdy już wszyscy zeszliśmy na dół, jeden zawołał na drugi brzeg. Po chwili prom przeciął rwącą rzekę i zdecydowanym manewrem przybił do brzegu. Szybko się załadowaliśmy i jak się okazało, tamci nie wsiedli. Kapitan, ubrany w dziwaczną różową koszulkę, kazał nam równomiernie rozsiąść się po obu burtach. Prom przypominał małą jednostkę desantową, wsiadaliśmy i wysiadaliśmy przez przednią rampę. Silnik jednostki ledwie radził sobie z nurtem rzeki, właściwie płynęliśmy prosto pod prąd, lekko dryfując w kierunku drugiego brzegu. Wszystko odbyło się jednak bardzo sprawnie, mniej więcej w połowie drogi została zebrana opłata (po 20 juanów od głowy).

DSD_1849.jpg

Zostało nam już tylko 15 minut do odjazdu autobusu. Nie wiedzieliśmy, skąd odjeżdża. Wioska na drugim brzegu była bardzo rozległa. Jednak wcześniej musieliśmy się wdrapać na plateau, mniej więcej tak wysoko, jak zeszliśmy na przeciwległym brzegu. Postanowiliśmy wbiegać na górę, co było małym szaleństwem. Z całym bagażem i po 3 godzinach marszu, nikt z nas nie był w stanie wbiec kilkadziesiąt metrów do góry. Strasznie się szarpałem, ale miałem ogromną zadyszkę. W końcu Marcin pierwszy wydostał się na górę, ja też z wielkim trudem się tam wdrapałem. Musieliśmy jeszcze ze 100 m podejść do zabudowań, które były jakimś domem gościnnym. Była równo godzina 13:00, kiedy tam dotarliśmy, nie było widać żadnego autobusu. Spóźniliśmy się, ale chyba tego nie czuliśmy, byliśmy za bardzo zmęczeni. Jakoś tak z rozpędu przeszliśmy obok zabudowań, gdzie nikogo nie spotkaliśmy i szliśmy dalej. I nagle gdzieś z wioski wyjechał najprawdziwszy autobus i tak, miał tutaj przystanek. Spóźnił się o jakieś 3 minuty, jeszcze nie wszyscy z naszej grupy dotarli do tego miejsca, więc trzeba ich było zawołać.

DSD_1856.jpg

Nasza radość była niesamowita, tym bardziej że czuliśmy już totalną rezygnację. Ale okazało się, że cały nasz trud i nawet podejście na brzegu rzeki miały sens. Jednak kiedy już wsiedliśmy do autobusu, ogarnęło mnie uczucie totalnego surrealizmu. Kierowca autobusu raczył nas zachodnimi wideoklipami na pokładowym telewizorku (nagłośnienie też było nienajgorsze). Na początek jakiś totalnie śmieszny boysband, potem notoryczne "My Humps" Black Eyed Peas. Za oknem obrazki z chińskiej wioski, jakieś słoneczniki, kury, suszące się pranie. Byłem w jednym wielkim szoku…

DSD_1859.jpg

Po drodze busik nazbierał komplet pasażerów, a z nimi nieco osobliwego ładunku. Pod nogami miałem kilka worków z ryżem. Pewna kobieta załadowała całe przejście białymi skrzynkami, jak ktoś twierdził z grzybami. Wysiadła później gdzieś w połowie drogi, w lesie czy przy jakimś rozjeździe. Inny pasażer miał kartonowe pudełko z wyciętym otworem, przewoził w nim kurę. Odczuwało się, że kierowca busa odgrywa w tamtejszych warunkach większą rolę niż można z pozoru sądzić.

DSD_1860.jpg

Po drodze przejechaliśmy przez nieznany nam park narodowy, atrakcją była rzeka z barwnymi kalcytowymi tarasami, takimi jak w Parku Narodowym Huanglong w Syczuanie, który braliśmy pod uwagę do odwiedzenia (aczkolwiek wybraliśmy Jiuzhaigou). Jak w każdym dobrze zogranizowanym przedsięwzięciu turystycznym, mijaliśmy dziesiątki autokarów, mnóstwo parkingów i tablic informacyjnych. Jechaliśmy szeroką U-kształtną doliną, teren był otwarty. Widzieliśmy grupy Chińczyków robiących sobie zdjęcia na tle, które dla nas było raczej przeciętne. Inną osobliwością były częste progi zwalniające, ale na tyle płytkie, że kierowca nie musiał bardzo hamować.

Po jeszcze godzinie jazdy dotarliśmy do Lijiangu. Zajechaliśmy do dworca po północnej stronie, który był znacznie bliżej starówki i naszego hostelu. Z radością odświeżyliśmy się pod prysznicami po trzech dniach dreptania. Po chwili oddechu ruszyliśmy na miasto. Z tego miasta nie wypadało wyjechać bez pamiątek a zwłaszcza bez herbaty. Byliśmy w końcu w sercu prowincji Junnan. Pozostawiliśmy więc sobie te popołudnie na zakupy. W jednej herbaciarni zamówiliśmy sobie degustację kilku gatunków herbat. Niestety brakowało nam ekspertów potrafiących dokonać świadomego wyboru. Kupiłem wtedy łącznie ok 700g herbaty i woziłem ją przez resztę wyprawy.

Dzień 21 (3.08.2009) - wyjazd z Lijiang

DSD_1862.jpg
DSD_1865.jpg
DSD_1884.jpg
DSD_1903.jpg

Brakowało mi jeszcze jednego przed wyjazdem z tego pięknego miasta: pstryknąć kilka dobrych zdjęć. Wcześniej kupiłem zestaw pocztówek, ale były one bardzo nierówne. Zresztą nigdzie w Chinach nie znaleźliśmy pocztówek do wybrania pojedynczo. Ranek w dniu wyjazdu był ostatnią szansą. Z tym nastawieniem wstałem bardzo rześki i zmobilizowany. Była godzina 7 rano, kiedy wymknąłem się z pokoju hostelowego. Miasto było zadziwiająco puste, ponieważ tutaj wszyscy pracują do późnego wieczora. Niestety było pochmurno i nie było tak pięknie, jak w dniu kiedy tutaj przyjechaliśmy. Najpierw poszedłem w kierunku głównego placu, gdzie przy dwóch charakterystycznych kołach wodnych znalazło się paru turystów i zawsze czujni sprzedawcy przekąsek. Od jednego z nich kupiłem coś w rodzaju małego kebaba, świetnie nadało się na śniadanie. Dalej poszedłem w kierunku wzgórza o znajomej nazwie Huangshan. Domyślałem się, że będzie tam trochę bardziej kameralnie i wertykalnie. Faktycznie, mogłem z bliska przyglądać się dachom i ich dziwacznym zdobieniom. Zrobiłem też panoramę ospałej starówki i kilka ujęć z prawie pustymi ulicami. Może nie wyszło z tego nic nadzwyczajnego, ale miałem możliwość pożegnać się z miastem.

pano_lijiang.jpg
DSD_1928.jpg

Ok 9 wróciłem do hostelu. Powoli zbieraliśmy się do wyjścia. W międzyczasie niebo przetarło się, zapowiadał się kolejny piękny dzień w tym sielankowym mieście. Wyskoczyłem jeszcze na moment do piekarni oferującej pieczywo w stylu europejskim. Kupiłem na drogę bułki i obwarzanki i były to autentyczne produkty w przeciwieństwie do okropnego french bread sprzedawanych w chińskich supermarketach. Opuściliśmy hostel, poszliśmy na dworzec i zapakowaliśmy się do autokaru, który w czasie niemal równo 24 godzin miał nas dowieźć do Chengdu. Cały ten czas mieliśmy spędzić w pozycji półleżącej, co nie było wcale takie wygodne. Nie było tym razem żadnych niespodzianek ze strony obsługi. W bagażu podręcznym miałem aparat oraz książkę On the origin of species Darwina. Przebrnąłem wtedy przez dwa rozdziały i na tym utknęło moje czytanie tej lektury.

Początek trasy był bardzo emocjonujący. Poruszaliśmy się górskimi serpentynami, na przemian wspinaliśmy się na przełęcze i zjeżdżaliśmy w doliny. Teren był malowniczy ale i odstraszała myśl, że miałoby się tu mieszkać. Mijane wioski miały charakter rolniczy. Choć byliśmy zahartowani i przyzwyczajeni do takiej podróży, musieliśmy znosić obecność ludzi zdecydowanie mniej odpornych. Nie minęło wiele czasu, kiedy wybuchła prawdziwa epidemia choroby lokomocyjnej. Dość regularnie z różnych miejsc słychać było przyprawiające o dreszcze pojękiwanie. Na szczęście obsługa była na to dobrze przygotowana. Był duży zapas woreczków foliowych, a w przejściach rozstawione były regularnie kosze na śmieci. Nieco surrealistyczne było obserwowanie przez znudzony umysł, jak te kosze dryfowały po gładkiej podłodze do przodu autobusu w rytmie pokonywanych zakrętów i hamowań. Momentami niepokoiło mnie, że na wyciągnięcie dłoni mam treść żołądkową pasażerów podróżujących w tylnej części autobusu. Czasami jednak większe dziwa działy się za oknem.

Regularnie odbywały się postoje, na których podstawową czynnością kierowców było chłodzenie hamulców wodą ze szlauchów. Były one obowiązkowym elementem wyposażenia każdego punktu postojowego, które oferowały również ubikacje damskie i męskie oraz sklepiki. Pierwsze buchnięcie pary z rozgrzanych hamulców zawsze robiło wrażenie, że byliśmy o krok od nieszczęścia. Chyba słusznie nas ta praktyka zaskakiwała, skoro w Polsce trudno znaleźć serpentyny, po których można jechać bez przerwy przez 12 godzin. Z drugiej strony dziwią te słabe żołądki Chińczyków, którzy mają tam tak wiele takich dróg. Na jednym w pierwszych postojów kupiłem zupki błyskawiczne, ale kierowca nie pozwolił nam ich zaparzyć. Trudno, bowiem my apetytu nie traciliśmy.

Kiedy zaczęło się ściemniać, coraz trudniej było czytać. Ponieważ leżałem na dole, sztuczne oświetlenie było słabe, więc nie mając co robić, zdrzemnąłem się. Okazało się, że wkrótce przekroczyliśmy granicę między Junnanem a Syczuanem. Późnym wieczorem dojechaliśmy do miasta Panzhihua. Choć nigdy o nim nie słyszałem, liczy sobie okrągły milion mieszkańców i jest ośrodkiem przemysłu wydobywczego. Dla nas był miejscem na kolację, którą zjedliśmy w barze przy miejscowym dworcu. Iza opowiadała też, że była tam najbardziej przerażająca toaleta, ponieważ było w niej zupełnie ciemno. Kiedy ruszyliśmy w dalszą drogę, zapamiętałem imponujący most przecinający rzekę, do której przylega miasto. Chwilę dalej znaleźliśmy się na autostradzie i wydawało się, że droga do Chengdu będzie już zupełnie nudna. Na szczęście ta autostrada była ciągle w budowie i była jednym z najambitniejszych projektów w ramach planu budowy sieci dróg spinających całe olbrzymie państwo. W przyszłości będzie można przejechać autostradą G108 z Kunmingu do samego Pekinu (jedynie 3331 km).

Dzień 22 (4.08.2009) - przyjazd do Chengdu

DSD_1940.jpg

Jedną z głównych zmian w krajobrazie po wjeździe do Syczuanu było pojawienie się licznych oznak mniej lub bardziej rozwiniętego przemysłu. Generalnie nie sprawiało to przyjemnego wrażenia, miasteczka i wsie sąsiadujące z fabrykami straszyły pyłem, który pokrywał budynki i rośliny. Drogami poruszało się znacznie więcej ciężkich ciężarówek. W większości były to lokalne marki nie spotykane w Europie. Przewoziły one wszystko, raz widzieliśmy konwój przewożący elementy konstrukcyjne mostu. Droga, którą jechaliśmy była na długich odcinkach ułożona z betonowych płyt i była strasznie rozjechana. W pewnym miejscu znaleźliśmy się w korku. Jak się okazało, powstał on przez dużą wioską, gdzie droga zwężała się do tego stopnia, że szerokie ciężarówki musiały się mijać z wielką ostrożnością. Musiały też ostrożnie omijać stragany rozstawione po obu stronach drogi, na których albo rozwieszone były płaty surowego mięsa albo poukładane były owoce. Nie trzeba dodawać, że między tymi wszystkimi samochodami kręcili się piesi. Zapadła mi w pamięć scena, w której kierowca TIR-a z pomocą pasażera próbował wykręcić przed straganem z jabłkami, omijając je o centymetry. Brud i ciągły hałas był środowiskiem, w którym żyli mieszkańcy tej miejscowości. Wioski w rolniczym Junnanie wydawały się być istnym rajem.

Kiedy minęliśmy już te wszystkie wyboje, wypadliśmy z powrotem na autostradę, która doprowadziła nas do Chengdu. Po drodze widzieliśmy zapowiedź lepszego świata. Wielkie banery reklamowały luksusowe ośrodki wypoczynkowe, osiedla mieszkaniowe, meble, samochody, komórki i wszelkie wygody. Już czwarty raz jechaliśmy chińską autostradą i nie można się do niczego przyczepić. Naprawdę wstyd porównywać to do nieudolności naszej administracji państwowej. Jeśli porównywać istniejące odcinki, w Chinach stosuje się rozwiązania proste i funkcjonalne. W Polsce buduje się bardzo drogo, wykorzystując wszelkie możliwe opcje podrożenia inwestycji typu systemy kanalizacyjne, przejścia dla zwierząt, wyrafinowane barierki i umocnienia nasypów, boleśnie jaskrawe znaki drogowe. Chińskie autostrady przypominają amerykańskie pod tym względem, że do najpiękniejszych nie należą, bo nie o to chodzi. Najważniejsze, że dzięki nim gospodarka rozwija się równomiernie w całym kraju.

DSD_1943.jpg

Słupki kilometrowe odmierzały odległość do Chengdu. Najpierw ujrzeliśmy przedmieścia z najnowszymi osiedlami i tymi jeszcze się budującymi. Potem przejechaliśmy przez centrum, gdzie budynki piętrzyły się coraz wyżej i wyżej. Autobus dojeżdżał do dworca autobusowego na północy miasta. Naszym planem było kupienie biletów do Songpan. Pierwszą komplikacją było, że odjeżdżały one z dworca położonego w północno-zachodniej części miasta. Relatywnie niedaleko, ale trzeba było łapać autobus. Załatwiliśmy mapę, zorientowaliśmy ją i z małymi problemami ale znaleźliśmy właściwy przystanek. Trochę długo zajęło nam złapanie właściwego autobusu, a raczej zorientowanie się, że nie wszystkie zjeżdżają na wydzielony bus-pas i trzeba je łapać przeskakując (a z dużym plecakiem omijając) barierki. Autobusy jeżdżące po Chengdu były w większości lokalnej produkcji (marki Chengdu Bus), były o tyle charakterystyczne, że w przedniej części były niskopodłogowe z wyeksponowaną pośrodku obudową skrzyni biegów. Mimo naszych początkowych trudności, okazało się, że komunikacja miejska w Chengdu jest bardzo dobrze zorganizowana, zwłaszcza dobrze oznakowane są przystanki z wielkimi napisami, również po angielsku. Zachodni turysta potrafi zorientować się, gdzie jest, jeśli śledzi trasę autobusu na mapie, odczytując dodatkowo czytelne nazwy przecinanych ulic.

DSD_1953.jpg

Poszukiwany przez nas dworzec był znacznie luźniejszy. Okazało się, że nie ma nocnych autobusów do Songpan, więc mieliśmy odjeżdżać następnego dnia o 7:30 rano. Zmartwiło nas to, że kolejny dzień zejdzie na podróży, a więc będzie w zasadzie dniem straconym (w dodatku jeden dzień zejdzie na powrót z Songpan do Chengdu). Obok dworca był ponoć jakiś hostel, ale nie było wolnych miejsc. W tej sytuacji zdecydowaliśmy się nie nocować, a jedynie zostawić główne bagaże w przechowywalni. Autobusem miejskim pojechaliśmy na centralny plac miasta, gdzie stał wielki biały pomnik Mao (jakżeby inaczej). Przewodniczący z nieodzownym gestem pozdrowienia patrzy na wzrastające w imponującym tempie wieżowce. Odnosi się jednak wrażenie, że w Chengdu przydałaby się jedna nieco bardziej wyróżniająca się struktura przykuwająca wzrok. Za pomnikiem znajduje się Syczuańskie Muzeum Nauki i Technologii, do którego mieliśmy jeszcze wrócić.

DSD_1960.jpg

Tymczasem skierowaliśmy się na zachód, w kierunku Parku Ludowego. Po drodze trafiliśmy na miejsca budowy metra. Sądząc po ich ilości w całym mieście nie mamy wątpliwości, że tempo jego budowy jest godne. Za Wikipedią podaję, że pierwsza linia składająca się z 16 stacji (porównywalna do warszawskiej) powstała w ciągu niecałych pięciu lat i zostanie oficjalnie otwarta w tym roku, natomiast planowanych jest przynajmniej 5 linii. Znaleźliśmy restaurację, w której zjedliśmy obiad. Byliśmy bardzo podekscytowani perspektywą spróbowania słynącej z ostrości kuchni syczuańskiej. Obsługa nas jednak wyraźnie oszczędziła, serwując dania łagodniejsze niż przeciętnie. W pamięci zapadły panierowane żeberka, choć było ich stosunkowo mało. Po obiedzie pospacerowaliśmy po Parku Ludowym, właściwie nie było tam nic nadzwyczajnego. Poszliśmy więc nieco dalej. Weszliśmy w pewną bardzo osobliwą ulicę, na której jeden obok drugiego mieściły się bardzo eleganckie salony jubilerskie. Przeciętnie przypadało w nich ok 5 pracowników w eleganckich uniformach i białych rękawiczkach na jednego, jeśli wcale, klienta. Salony te miały dużą powierzchnię i niskie gabloty, których zawartości nie dało się zobaczyć z ulicy. Odpowiednie do tego blichtru były też zaparkowane tutaj limuzyny. Wydało się to nam, śmiertelnym, nieco śmieszne i ze wzruszeniem ramion poszliśmy dalej, do kolejnego parku. W międzyczasie zapadł zmierzch, a park był bardzo słabo oświetlony. Jednak obecność grającej muzyki zachęciła do wejścia. Na szerokim placu odbywały się znane nam już publiczne zabawy taneczne. Jest to przesympatyczne oglądać tak aktywnych fizycznie starszych ludzi, z pewnością jest to dobry wzorzec dla kultury zachodniej.

Jeszcze kawałek przeszliśmy się po parku, zaczęło się sprzątanie i co jakiś czas mijały nas jakieś służby przy czym nikt nas nie wyganiał. Wyciągnęliśmy mapę, żeby zaplanować dalszą włóczęgę. Poszliśmy w kierunku rzeki, zastaliśmy tam całkiem przyjemny bulwar. Rzeka była porządnie uregulowana i było na niej nie mniej mostów niż na Tamizie czy Sekwanie. Na początku przekroczyliśmy rzekę i weszliśmy w ulicę, gdzie mieściło się dużo klubów i pubów w zachodnim stylu, jednak nie zachodziliśmy tam. Potem trafiliśmy na mały skwer, gdzie przebywało sporo ludzi, grała jakaś muzyka, sprzedawano różnorakie szaszłyki. Kolejny raz napotykamy na takie spontaniczne spotkania mieszkańców i gromadne spędzanie wieczoru. U nas musi być dobrze zorganizowana akcja, tam okazja nie jest potrzebna. Idziemy dalej wzdłuż brzegu, zbliżając się do centrum. Nie znajdujemy jednak żadnej ławki ani sensownego miejsca żeby usiąść i spędzić czas. Dochodzimy do głównej ulicy wychodzącej w kierunku południowym. Stoi tam ogromny statek, liniowiec, a na nim jakieś restauracje i kto wie co jeszcze. Wrażenie, że to prawdziwy statek wyciągnięty na brzeg jest tak silne, że Paweł zdecydował się podejść i ostukać go. Jednak nie metal, lecz beton. Ale przyznajemy, należą się brawa za wykonanie.

Sporo żeśmy się nałazili, było ok. 22. No więc upatrzyliśmy sobie pub w pewnej bardzo prostej restauracji. Właściwie nie było jasne, czy jest jeszcze otwarte, czy nie. Drzwi były otwarte, nikt nas nie wygonił, choć nie było tam więcej klientów. W środku były niewygodne drewniane ławy, wystrój typowy dla baru mlecznego. Zamówiliśmy piwo i szukaliśmy czegoś, co nadawałoby się na przekąskę. Tutaj mieliśmy duże problemy z dogadaniem się. Gospodarze zakładali, że chcemy coś regularnie zjeść, a my uparliśmy się na przekazanie im słowa orzeszki. Faktycznie je dostaliśmy, choć niewiele. Za drugim razem już nawet kucharz pokazywał nam, co może migiem usmażyć, no ale trwaliśmy przy swoim. Było śmiesznie, ale w końcu dali nam spokój. Obsługa tego lokalu to była najprawdopodobniej rodzina, w czasie jak tam siedzieliśmy, zastawili sobie stół i zasiedli do kolacji. I chyba tylko dlatego trzymali lokal otwarty. Przy całym tym zamieszaniu niespecjalnie sobie odpoczęliśmy i nie wypadało tam siedzieć w nieskończoność.

Jeszcze kawałek poszliśmy na wschód, ale zaczęło się tam robić bardziej prozaicznie. Trafiliśmy jeszcze na otwarty szalet publiczny. W międzyczasie jak czekaliśmy na resztę, przypominam sobie że górował nad nami wielki szkielet biurowca. Cały budynek był ciemny z wyjątkiem jakiejś małej ekipy spawającej coś w 3/4 wysokości budynku. Taki dziwny szczegół… Następnie poszliśmy w kierunku centralnego placu. Za dnia minęliśmy tam całodobowego McDonalda i teraz postanowiliśmy sobie z niego skorzystać. Było już po północy, jeszcze 6,5 godziny do odjazdu autobusu, żadnego miejsca na przekimanie. Dlatego w Macu wszystko robiliśmy dziesięć razy wolniej. Wysiedzieliśmy tam z 1,5 godziny, pod koniec desperacko walcząc ze snem. Wreszcie wyszliśmy, żeby się nie męczyć na siedząco i żeby nas nie wypraszała obsługa. Postanowiliśmy przejść pieszo na nasz dworzec, co było odległością porównywalną z przejściem z centrum Warszawy na Ursynów. Wybrałem trasę i ruszyliśmy. Zdecydowanie lepiej spędza się taką noc idąc niż siedząc. Na ulicach było zupełnie pusto, prawie wszystko było pozamykane (z wyjątkiem jednej czy dwóch sieci sklepików całodobowych). Stopniowo zmieniała się zabudowa na coraz niższą. Po długim długim czasie doszliśmy do obwodnicy, a tuż za nią znajdował się nasz cel. Niebo było już szare, dworzec był zamknięty i koczowała przed nim spora grupka ludzi. Było jeszcze przed 5, a więc rozłożyliśmy się na ławeczkach (nie dość, że wreszcie jakieś znaleźliśmy, to akurat było po jednej dla każdego). Ja jednak bałem się zasnąć z plecakiem na widoku, niestety aparat ma swoje gabaryty i nie nadaje się na poduszkę. Zrobiłem więc tak, że ukryłem plecak w gęstym żywopłocie. Nie potrafię spać na twardym podłożu, ale na moment się zdrzemnąłem. Nikt się nami nie zainteresował i w ogóle dziwię się, że około setki ludzi oczekiwało w kuckach, a my odeszliśmy zaledwie 50 metrów dalej i pozwoliliśmy sobie skorzystać z ławeczek.

Dzień 23 (5.08.2009) - autobus Chengdu - Songpan

Przejście między dniem poprzednim a obecnym było jedynie symboliczne. Kiedy się obudziliśmy niebo było wyraźnie jaśniejsze, ale słońce jeszcze nie wzeszło. Punktualnie o 6 otwarto dworzec, weszliśmy za wszystkimi i odebraliśmy bagaże. Niestety nie obyło się bez awantury, wprawdzie pierwsze osoby spokojnie odebrały plecaki, ale potem pewna urzędniczka strzeliła focha. Na szczęście nie trwało to długo. Dość mroczne wspomnienie z tego akurat dworca jest związane z państwową kampanią informacyjną o statystyce wypadków drogowych z udziałem pieszych, rowerzystów i motocyklistów. Było to kilka plakatów z naprawdę drastycznymi zdjęciami.

DSD_1984.jpg

W autobusie zajęliśmy ostatni rząd siedzeń. Nie było może wystarczająco komfortowo, ale byliśmy tak zmęczeni, że spokojnie przespaliśmy pierwsze godziny podróży. Przebudziliśmy się w zupełnie nieznanym krajobrazie. Jechaliśmy głęboką doliną rzeki Min, otoczenie przypominało jeden wielki kamieniołom. Droga była mocno rozjechana i było jasne dlaczego: przejeżdżało nią mnóstwo ciężarówek i nieco mniej lżejszych pojazdów. Odsłonięte warstwy skalne ukazywały niezwykle skomplikowaną geologię tego obszaru. Syczuan jest jednym z najbogatszych na Ziemi rejonów pod względem surowców mineralnych, w tym wielu rzadkich i cennych metali takich jak tytan, lit, wanad, kobalt.

DSD_1968.jpg
DSD_1971.jpg

W pewnym momencie zrobił się tak duży korek, że kierowca pozwolił wszystkim wysiąść, rozprostować nogi, wielu zakurzyło też papierosa. Znajdowaliśmy się tuż poniżej elektrowni wodnej, jak spojrzeć naprzód, ciągnął się sznur pojazdów, widać też było maszyny robocze. Nie wiedzieliśmy, co właściwie było przyczyną tego postoju. Jednak gdzieś po kwadransie kazano nam wsiąść i pojechaliśmy dalej. Skorzystałem z okazji, że siedziałem przy jedynym otwieranym oknie po tej stronie autokaru i zrobiłem kilka zdjęć w czasie jazdy. Potem jednak popatrzyłem, jak szybko na obiektywie zbiera się kurz i odpuściłem sobie. Robotnicy budujący drogę byli chudzi, spaleni słońcem, bardzo wyeksploatowani fizycznie. Zresztą ogólnie ta dolina sprawiała wrażenie bardzo niegościnnej.

DSD_1988.jpg
DSD_1981.jpg

W pewnym miasteczku zatrzymaliśmy się na dworcu autobusowym na planowy postój. Zaraz obok parkingu była duża stołówka, w niej można było dostać jedno z kilku prostych dań. Płaciło się w trakcie posiłku. Zamówiłem nudle, były o dziwo zimne i bardzo pikantne, ale nadawały się. Jeszcze zdążyliśmy zajść do toalety i skromnego supermarketu. Pogoda była piękna, niebo głęboko błękitne. Znowu szkoda nam było całego dnia na jazdę autokarem. Zauważyliśmy nieznane dotąd elementy architektury. Domy tybetańskie miały śnieżnobiałe ściany zwieńczone charakterystycznymi ząbkami, oraz malowanymi na czerwono wielkimi buddyjskimi swastykami, albo łańcuszkami oplatającymi dom dookoła. Pojawiały się również kolorowe tybetańskie flagi. Inne domy miały motywy muzułmańskie: namalowane półksiężyce i zarysy kopuł.

Kiedy wjeżdżaliśmy do Songpan, jego majestatyczne mury rzucały długie cienie. Od razu poczuliśmy klimat średniowiecznej fortecy strzegącej przejścia przez tę stromą dolinę. Miasto mieściło się na wysokości 2900 m n.p.m., jednak dzięki stopniowej aklimatyzacji w Huangshan (1800 m n.p.m.) i w Yunnanie (2300 m n.p.m.), wcale tego nie odczuwaliśmy. Zaraz po wyjściu z autobusu zostaliśmy zagadnięci przez właścicielkę pobliskiego pensjonatu oraz przez Emmę, szarą eminencję miejscowej turystyki. Mówiła płynną angielszczyzną wskazującą na dłuższy pobyt w Stanach, u niej można było zorganizować dowolną wycieczkę, skorzystać z internetu i zjeść po zachodniemu. I rzeczywiście skorzystaliśmy z jej pomocy, choć jej porady były udzielane tonem wyraźnie protekcjonalnym, przez co nabraliśmy do niej pewnej dozy nieufności. Zdecydowaliśmy się na 4 dni pobytu w okolicy, tak więc od razu zaklepaliśmy wszystkie noclegi i kupiliśmy bilety na powrót do Chengdu. Na następny dzień zaplanowaliśmy wyjazd do Parku Narodowego Jiuzhaigou. Kierując się przewodnikami, chcieliśmy wybrać jeden z dwóch popularnych parków, drugim był Park Narodowy Huanglong. Ja przekonywałem do Jiuzhaigou, jako że zapowiadał więcej atrakcji, aczkolwiek trudno stwierdzić, nie będąc w Huanglongu, czy był to dobry wybór.

DSD_1992.jpg

Jednakże naszym głównym celem była wyprawa konna, którą polecili nam ludzie, z którymi oglądaliśmy zaćmienie. U Emmy mogliśmy dowiedzieć się więcej szczegółów i wybrać jeden z kilku wariantów. Wybraliśmy najdłuższą, bo 3-dniową wycieczkę do podnóży góry zwanej po prostu Ice Mountain, która jak wskazuje nazwa wznosi się ponad granicę wiecznego śniegu. Spotkaliśmy się z szefem firmy Happy Trails Horse Trek Company, człowiekiem o potężnej posturze, który mógłby być równie dobrze szefem miejscowej mafii. Wpisaliśmy się na listę uczestników wycieczki wyruszającej dwa dni później i wręczyliśmy gotówką całość umówionej ceny (a było to chyba z 400 CNY od osoby). Umowę przypieczętował mocny uścisk dłoni.

DSD_1998.jpg
DSD_1990.jpg

Późnym popołudniem wybraliśmy się na krótki spacer po mieście. Na naszej ulicy widzieliśmy wyraźnie obecność znaczącej społeczności muzułmańskiej. Mężczyźni chodzili w charakterystycznych nakryciach głowy, część kobiet w chustach. Firmy prowadzone przez muzułmanów można było łatwo rozpoznać po zielonych szyldach i półksiężycach. Wielką zaletą ich obecności było, że dostępne było bardzo smaczne pieczywo sprzedawane w dużych okrągłych bochnach. Część z nas doświadczyła jednak nieprzyjemnej reakcji organizmu, jak sądzimy ze względu na dodatek curry.

DSD_1993.jpg

Wewnętrzna część miasta była otoczona potężnymi murami. Były one świetnie odrestaurowane, ozdobione chorągwiami i figurami wartowników. Dobrze prezentowały się też bramy wejściowe. W czasie późniejszego spaceru, już po zmierzchu, znaleźliśmy otwarte i nie pilnowane wejście na górę. Mogliśmy swobodnie poruszać się po długim odcinku, jednak nie po całości, gdyż na miejscu strumienia pozostawiono przerwę. Znaleźliśmy również meczet, jednak nie pozwolono nam wejść do środka.

Nocowaliśmy w małym pensjonacie, gdzie na dole był mały sklepik, a pokoje gościnne na piętrze. Wystrój wnętrz był surowy, wszystkie ściany były drewniane. Kilka razy zdarzyły się przerwy w dostawie prądu, ograniczony był dostęp do ciepłej wody (za prośbą właścicielka włączała boilery). Wieczory i noce były zimne, nakładaliśmy na siebie wszystkie ciepłe rzeczy, natomiast mieliśmy ciepłą pościel i jeszcze śpiwory w rezerwie.

Dzień 24 (6.08.2009) - Park Narodowy Jiuzhaigou

DSD_2007.jpg

Trzeba było wstać skoro świt i zgłosić się pod restauracją Emmy. Kierowca stawił się na czas swoim granatowym minivanem. Wyjechaliśmy w kierunku północnym, a więc dalej w górę doliny. To były bardzo malownicze tereny, nie straszące już sypiącymi się urwiskami. Wspięliśmy się serpentynami na pewną przełęcz, potem zjeżdżaliśmy dość ostro w dół. Roślinność zmieniła się w las iglasty, zapowiadała się doskonała pogoda. Nawierzchnia szosy była doskonałej jakości, nie oszczędzano też na znakach drogowych, które czasami były dwujęzyczne. Jedna seria serpentyn miała każdy zakręt ponumerowany, a było ich 9, co zawsze w Chinach jest warte odnotowania. Dojechaliśmy do miasteczka Jiuzhaigou (nazwa ta oznacza "Dolina Dziewięciu Wiosek"), które było ruchliwym centrum turystycznym. Kierowca wysadził nas na dużym parkingu autokarowym, omówiliśmy się w tym miejscy na godzinę 18.

Musieliśmy kawałek podejść do głównego wejścia do parku. Po drodze mijaliśmy szeregi straganów z dość kiczowatymi pamiątkami. Otóż Chińczycy z upodobaniem kupowali sobie skórzane kapelusze, na których umieszczano takie symbole Zachodu, jak logo "Chicago Bulls":) Naszego skromnego podróżniczego stylu ubierania nikt nie naśladował. Przed wejściem do Parku znajdował się olbrzymi kompleks budynków obsługi turystów. Były tam sklepy z pamiątkami i odzieżą, restauracje i punkty fast food i wiele innych rzeczy, które miały turystę skusić do pofolgowania sobie. My udaliśmy się prosto do kas biletowych, gdzie przekonaliśmy kasjerki, że jesteśmy studentami i nie potrzebujemy biletów na system absolutnie ekologicznych autobusów parkowych. W ten sposób zamiast 290 CNY zapłaciliśmy jedynie 120 CNY.

DSD_2099.jpg
DSD_2020.jpg
DSD_2044.jpg

Teren parku był bardzo rozległy i miał kształt litery Y: wchodziło się w dolinę, która następnie rozgałęziała się na dwie strony. Odległość do punktu rozgałęzienia wynosiła 20 km, każda odnoga prawie tyle samo. Dlatego praktycznie każdy odwiedzający park korzystał z autobusów i wiedzieliśmy, że bez nich nie zobaczymy wszystkiego. Największą atrakcją parku było 108 krystalicznie czystych jezior oraz różnego rodzaju kaskady i wodospady. Jeziora te były rozłożone wzdłuż wszystkich głównych szlaków i rozróżniane były po fantazyjnych nazwach: Podwójnego Smoka, Tygrysa, Nosorożca, Pandy, itp. Wchodząc na teren parku ok. 10, zakładaliśmy rozpoczęcie zejścia najpóźniej o 14:30. Im więcej w tym czasie przejdziemy, tym więcej zobaczymy.

DSD_2115.jpg
DSD_2256.jpg
DSD_2184.jpg

Od samego początku ułożona była specjalna ścieżka z drewnianych desek, pokrytych drobną drucianą siecią. Kawałek szliśmy lasem, po czym weszliśmy na płaską, trawiastą łąkę. Pierwsze jezioro było mocno zarośnięte i nosiło nazwę Jeziora Trzcin. Następnie przeszliśmy obok starannie utrzymanej wsi, wedle oficjalnej informacji jednej z owych dziewięciu oryginalnych wiosek w stylu tybetańskim. Trzeba przyznać, że jaskrawa flaga ChRL dumnie łopocząca ponad drewnianymi domami dobrze się prezentowała. W kilku ważniejszych miejscach, gdzie dochodziliśmy w pobliże szosy, znajdowały się przystanki autobusowe i można tam było spotkać grupki turystów, poza tym szliśmy zupełnie sami. Jedno z najczęściej opisywanych, Jezioro Podwójnego Smoka, robiło średnie wrażenie. Na dnie jeziora widać było wielką żółtą fałdę, która interpretowana była jako przykute łańcuchami cielska dwóch smoków ukaranych przez jakieś bóstwo. Niestety, brakowało efektownego punktu widokowego i z perspektywy zarośniętego brzegu trudno jest zrobić ciekawe zdjęcie. Następne jeziora były w zasadzie podobne, brakowało też czegoś ciekawego w tle. W sumie to nie powiedziałbym, żeby dolny odcinek parku był szczególnie godny uwagi.

DSD_2211.jpg
DSD_2147.jpg

W pobliżu miejsca, gdzie rozgałęziają się doliny, napotkaliśmy pierwsze wodospady. Nareszcie coś, co robi wrażenie. Strugi rozbryzganej wody oglądało się pod słońce, skały samego wodospadu były brązowe, jakby nieco gliniaste. Dobrze taka kombinacja wychodzi na zdjęciach. Po krótkim odpoczynku przestudiowaliśmy mapę i wyszukaliśmy następne ciekawe miejsce, które prowadziło nas w prawą odnogę doliny. Z racji na upływający czas wyglądało na to, że będzie to najdalszy punkt, jaki mogliśmy osiągnąć. Był to jeszcze większy kompleks wodospadów. Oglądało się go z bardzo dużego tarasu niejako wybudowanego na skraju lasu, można też było wspiąć się po schodach wzdłuż krawędzi huczącego przepływu. Wszędzie pełno ludzi robiących sobie infantylne zdjęcia, przy tym strasznie ślamazarnych.

DSD_2243.jpg
DSD_2231.jpg

Minęła godzina 14, musieliśmy rozpocząć powrót. Skierowaliśmy się na szosę, żeby szybciej się szło. Regularnie mijały nas autobusy, często całkiem puste, jadące w górę lub w dół. W połowie zejścia byliśmy już mocno zmęczeni, zaczęła się walka z bólem stóp i prawie wszystkich mięśni nóg. Kiedy mijaliśmy wioskę, obawialiśmy się, czy zdążymy. Dotarliśmy do bramy wejściowej o 17:30. To się nazywało zmęczenie. Zmarnowani czekaliśmy na ławce na resztę grupy, w środku kolorowego zgiełku ludzi, którzy nie przyjechali tu się natrudzić. Po paru przekąskach i napojach poszliśmy w kierunku parkingu. Było tam znacznie więcej autokarów, niż rano i mieliśmy trudności z odnalezieniem naszego kierowcy. Ale w końcu się odnaleźliśmy i natychmiast wyjechaliśmy w drogę powrotną do Songpan.

Nie był to jednak koniec wrażeń. Kiedy podjeżdżaliśmy na przełęcz, zarówno samochód, jak i jego kierowca zaczęli zachowywać się dziwnie. Jechaliśmy dość wolno, na niskich obrotach. Zdawało się, że samochód nie ma mocy żeby podjechać. Owszem, było stromo, ale już wiele kilometrów takich podjazdów pokonaliśmy. A więc pewnie szykuje się jakaś awaria i utkniemy. Kierowca rzeczywiście zaczął walczyć ze skrzynią biegów, miałem wrażenie, że cały czas stara się jechać na zbyt wysokim biegu. Zaczął też coś mamrotać, jakby przemawiał do swojej maszyny. Zaczął też coraz bardziej zwalniać, do 5-10 km/h. I zaczął ewidentnie jechać zygzakiem. To już zaczęło mi działać na nerwy. Co jest z tym gościem? Pijany jest, coś palił? Zacząłem gościa obgadywać po polsku, jednocześnie bacząc na jego możliwość kierowania pojazdem. Póki wjeżdżaliśmy pod górę i droga była niemal pusta, nie było żadnego zagrożenia. Ale wiedziałem, że czekają nas po przełęczy długie serpentyny w dół. Zacząłem więc na serio rozważać taką opcję, że trzeba będzie gościa zatrzymać, a nawet przejąć kierownicę i samemu dojechać do Songpan. Na szczęście sytuacja się poprawiła, gość zaczął jechać pewniej i dał więcej gazu. Bez problemu przejechał też przez serpentyny. Już na bardziej płaskim terenie zjechał na krótki postój. Była tam kapliczka tybetańska i źródełko, z którego ludzie czerpali wodę do picia. Nasz kierowca musiał być bardzo religijny, bowiem kiedy odprawił swoje modły, wyraźnie mu ulżyło i nawet z lekkim uśmiechem na ustach ruszył pewnie dalej i bez dodatkowych przygód dowiózł nas do Songpan. Mimo wszystko nie polecamy jeździć z tym panem (zdjęcie powyżej).

W mieście zapadał właśnie zmierzch. Po tak ciężkim dniu musieliśmy dobrze odpocząć, następnego dnia znów mieliśmy wstać o świcie.

Dzień 25 (7.08.2009) - wyprawa konna

Dzień 26 (8.08.2009) - wyprawa konna

Dzień 27 (9.08.2009) - wyprawa konna

Kiedy wróciliśmy z koni, dostaliśmy inne pokoje i mieliśmy telewizor. Był to jedyny raz w ciągu całego pobytu w Chinach, kiedy mogliśmy obejrzeć miejscową telewizję…

Dzień 28 (10.08.2009) - autobus Songpan - Chengdu

Dzień 29 (11.08.2009) - Chengdu - Leshan

Dzień 30 (12.08.2009) - Emeishan

Przejście do Stawu Kąpiącego się Słonia…

Dzień 31 (13.08.2009) - Emeishan - Chengdu

Wejście na Złoty Szczyt…

Powrót do Chengdu…

Jeszcze o denerwujących komunikatach w autobusach miejskich: podpalenie autobusu w Chengdu

Dzień 32 (14.08.2009) - wyjazd z Chengdu

Dzień 33 (15.08.2009) - przyjazd do Xianu

Zameldowanie w hostelu…

Muzeum partyzantki komunistycznej…

Dzień 34 (16.08.2009) - Xian

Muzeum…

Pierwsza próba wejścia na mury…

Wieczorne targowisko…

Dzień 35 (17.08.2009) - Xian

Terakotowa Armia…

Wielki Meczet…

zakupy kaligrafii…

Dzień 36 (18.08.2009) - wyjazd z Xianu

spacer po murach miejskich Xianu…

jeszcze jedna wizyta u kaligrafów…

wyjazd do Pekinu…

Dzień 37 (19.08.2009) - przyjazd do Pekinu

Świątynia Lamajska…

Awaria karty flash…

Pływalnia Olimpijska…

Dzień 38 (20.08.2009) - Pekin

Pałac Letni…

Świątynia Konfucjusza…

Centrum Olimpijskie…

Dzień 39 (21.08.2009) - wylot z Pekinu

Wylecieliśmy z Pekinu do Moskwy…